Nie zapomnij do nas zajrzeć – >

Słowo o Lovecrafcie
Myślę, że śmiało mogę zaryzykować tezę, że wpływ pisarstwa Lovecrafta na popkulturę jest odwrotnie proporcjonalny do jego umiejętności literackich.
Cthulhu i różne mackowate stwory wylewają się na nas z gier, komiksów, filmów, odzieży, zabawek. Przypuszczam, że gdyby sam Lovecraft to zobaczył, to po początkowym szoku miałby z tego niezły ubaw. Jednakowoż wystarczy zapoznać się z dokonaniami innych twórców opowieści niesamowitych z tego okresu, stanowiących dla Lovecrafta inspirację (Blackwood, Machen, Chambers), by zorientować się, że wielkim pisarzem to on raczej nie był.
Jego ewidentną siłę stanowił rozmach tworzonego uniwersum i konsekwencja z jaką prezentował w utworach swoją filozofię kosmicyzmu. Człowiek to plamka na nieskończoności, otoczony ogromem wszechświata. Jego egzystencja jest nieważna, a kosmiczne siły kłębią się wokół obojętne na kwestie istnienia ludzkości. Lovecraft nie radząc sobie ze złożonością relacji międzyludzkich, tak w życiu, jak i w pisarstwie negował ich istotność, co dodawało jego wizji dodatkowej mocy.
Jednocześnie trzeba być świadomym, że najlepsze jego opowiadania to te stanowiące trzon “mitów Cthulhu”, a poza nimi bywało różnie. Samotnik z Providence rozwijając swój talent spłodził sporo tekstów zwyczajnie słabych i nieudanych. Tym bardziej można podziwiać odwagę twórców pierwszej części Światów H.P. Lovecrafta, przed którymi stało zadanie adaptacji wczesnych utworów spoza głównego kanonu.
Adaptować opowiadania twórcy Wielkich Przedwiecznych, które nie mają nic wspólnego z tą tematyką to rzecz ryzykowna. Rzekłbym, że to tak, jak zrobić film w uniwersum Aliena, w którym Alien w zasadzie nie występuje. Łatwo o gniot. Czy więc scenarzysta Steve Jones i rysownik Octavio Cariello wyszli z tego obronną ręką?
Introwertyczny marzyciel
Pierwsze opowiadanie to Grobowiec. Pojawia się tam charakterystyczna dla twórczości Lovecrafta figura nadwrażliwego samotnika, zatopionego w książkach i marzeniach, będąca alter-ego autora. Trzeba tu docenić scenarzystę, który pociął całą narrację tak, że w rezultacie dostajemy w miarę dynamiczna akcję zamiast standardowego monologu wewnętrznego. Inni twórcy adaptujący Lovecrafta nie podeszli tak twórczo do tematu, w związku z czym powstawał na przykład ciąg obrazków z myślącymi głowami. Tutaj mamy lekarza – psychiatrę, który patrzy z boku i próbuje razem z czytelnikiem poskładać całą dziwną historię obłędu. Tak więc jest wątek śledztwa, dochodzenia do prawdy, coś co pcha historię do przodu i nie pozwala czytelnikowi zasnąć w trakcie lektury.
Mr Jones, chapeau bas!

Poszukujący naukowiec
Poza murem snu to z kolei monolog pracownika szpitala psychiatrycznego, któremu trafił się pacjent, który w swoich wizjach przeżywa rzeczy, które raczej nie powinny się zwidywać zdegenerowanemu chłopu z gór. Dzięki eksperymentalnemu urządzeniu udaje się wejść w jego umysł i również zażyć trochę kosmicznych doznań. W tym opowiadaniu po raz pierwszy HPL skierował swoją uwagę w kosmos i zamieszkujące go byty. Nie zmienia to faktu, że oryginał to opowieść w formie narracji bez jednego dialogu. W komiksie mamy to przetworzone w zmagania młodego naukowca, który szuka uznania i potwierdzenia dla swoich badań. Prowadzi go to do przekroczenia granic etyki i bezpieczeństwa w badaniach naukowych. I znowu adaptacja przetwarza opowiadanie w całkiem zgrabną historię, gdzie możemy z napięciem śledzić losy bohatera.

Hrabia przeklęty
Alchemik jest skrętem w stronę inspiracji E. A. Poe. Mamy stary, podupadły ród, nad którym od czasów średniowiecza ciąży straszliwa klątwa. W komiksie można było z tego zrobić powieść gotycką – izolacja, ponury zamek, mroczne korytarze i tak dalej. Tu natomiast postanowiono stworzyć całkiem ciekawą historię detektywistyczną z dreszczykiem. Dodano postać badacza – awanturnika, który próbuje przebić się przez tą całą mroczną otoczkę i rozwikłać tajemnicę klątwy. Z punktu widzenia współczesnego czytelnika to dobry zabieg. Zamiast romantycznego samotnika, który cały czas roztrząsa dziwną przeszłość swojego rodu, dostajemy kogoś kogo poczynania możemy śledzić z zainteresowaniem. Znowu więc punkt dla twórców, chociaż mam wrażenie, że taka zmiana nie do końca pasuje do klimatu całej opowieści (i zakończenia). Coś jakby Hellboy bijący kamienną ręką po głowach istoty z legend.

Badacz tajemnic
Ostatnia historia to Przyczajona zgroza adaptacja opowiadania napisanego na zlecenie humorystycznego czasopisma Home Brew. Motywy humorystyczne są tu raczej mało widoczne, natomiast pojawiają się charakterystyczne dla Lovecrafta elementy degeneracji gatunku ludzkiego i prowadzenia przez bohatera badań źródłowych w celu rozwikłania tajemnicy. Nie będę tu psuł suspensu i zdradzał, kto kogo zjadał i dlaczego. Jest to po prostu klasyczna historia grozy z wszystkimi elementami typu izolacja na łonie natury, zagadka z przeszłości, burza, zaginieni ludzie. Jak na 5 $ dolarów honorarium to całkiem przyzwoita realizacja. Adaptacja również całkiem dobrze dostosowuje do potrzeb komiksu tę opowieść, jednocześnie nie ingerując zbytnio w fabułę oryginału. I słusznie, bo dostajemy w rezultacie całkiem przyjemny horror.

Strona graficzna
Jeszcze słowo o rysunkach. Oprawa graficzna całej opowieści nie powala, aczkolwiek kreska jest nieźle dopasowana do pulpowych opowieści grozy rodem z taniego czasopisma. Brak kolorów robi dobrze klimatowi. W innej konwencji mógłbym się przyczepić na przykład do wyglądu twarzy bohaterów. Tu jednak styl rysunków tworzy z treścią całkiem spójną całość.
Dobrze, to teraz czas na podsumowanie.
Czy osoba nie będąca wielbicielem Lovecrafta powinna sięgnąć po tę adaptację opowiadań? Myślę, że osoby lubiące Dylana Doga, Hellboya czy też po prostu opowieści niesamowite będą się dobrze bawić. A może nawet sięgną po oryginalne opowiadania i dopiero wtedy się rozczarują… 😉 Zresztą, jako miłośnikowi Lovecrafta, ciężko mi to ocenić.
Za to fani H.P.L dostaną wczesne opowiadania swojego mistrza w formie przeredagowanej, gdzie wszelki suspens i potencjał opowieści zostały podkręcone do maksimum.Twórcy rzeźbiąc w materii opornej i topornej wystrugali całkiem zgrabne opowiastki. Ja się bawiłem dobrze w trakcie lektury. To znaczy, przy opowiadaniach też się dobrze bawiłem, ale w stanie pełnej świadomości ograniczeń autora.
W tym momencie muszę też wspomnieć, że zostałem przyjemnie zaskoczony. Nie oczekiwałem zbyt wiele od wczesnej twórczości Lovecrafta zaadaptowanej na komiks. Paradoksalnie to, że na warsztat wzięto niedorobione wczesne twory spowodowało, że scenarzysta mógł pozwolić sobie na rozwinięcie skrzydeł i daleko posuniętą ingerencję w strukturę utworów (może z wyjątkiem Lurking Fear). Tak więc chociaż do lektury zabierałem się pod hasłem: „znowu ktoś adaptuje Lovecrafta”, to po zakończeniu lektury mam naprawdę ochotę na ciąg dalszy. Może tym razem duet Jones – Cariello sięgnie po Herberta Westa: Reanimatora i też będzie fajnie.
Czego wam i sobie życzę.
Dziękujemy wydawnictwu Best Comics za egzemplarz recenzencki

