Co roku mamy z żoną problem z wyborem miejsca, do którego wybrać się z córkami na wakacje. Goniąc za słońcem zwykle lądujemy w jakichś cieplejszych i popularnych kierunkach. A gdyby tak była możliwość podróżowania nie tylko do różnych miejsc, a także czasów? O kurczę, pomyślcie sobie – posmażyć się w skwarze starożytnego Egiptu, pooddychać naprawdę czystym powietrzem, nażreć się absolutnie ekologicznym żarciem bez chemii, popływać w absolutnie czystych wodach? Ależ to wyborna perspektywa. Takie właśnie okoliczności przybliża nam komiks Chronosquad Giorgio Albertiniego i Gregory’ego Pannacione, wydany przez Non Stop Comics. Niech nikogo nie zmyli jednak sielankowy wstęp. W tej pozycji nie chodzi bynajmniej o zachwalanie uroków czasów minionych czy narzekanie z nutką nostalgii na współczesność. Turystyka temporalna to również źródło wiely kłopotów. Najbardziej oczywiste rodzą się wtedy, gdy chronoturyści zaczynają czuć zew przygody i opuszczają odizolowane strefy wypoczynku, mieszając się w szeregi autochtonów. Zresztą, podróże w czasie kuszą nie tylko potencjalnych plażowiczów, a złapanie przedpotowego trypra, choć dokuczliwe, może być najmniejszym zmartwieniem, jeśli zestawimy to z prawdopodobną zmianą linii czasowej mającą wpływ na teraźniejszość. Do rozwiązywania takich spraw kierowany jest tytułowy Chronosquad.

Chronosquad na ratunek
Chronosquad to oddział wysyłany w podróże czasowe by w delikatny i jak najmniej zauważalny sposób załatwiać sprawy mające potencjał na duże kłopty dla kontinuum czasowego. To bardzo prestiżowa jednostka i opowieść rozpoczyna się, gdy niejaki Telonius Bloch, profesor zajmujący się wiekami średnimi, otrzymuje długo oczekiwany telefon z informacją, że właśnie przyjęto go w szeregi Chronosquadu. Jego pierwszym zadaniem będzie dołączenie do pary weteranów, którzy mają wyjaśnić zniknięcie pary nastolatków z luksusowego hotelu ulokowanego w starożytnym Egipcie. Coś, co wygląda z pozoru na zupełnie standardową akcję zwiazaną z wygłupem dzieciaków, szybko przeradza się w coś znacznie grubszego.
No i mamy gotowy przepis na sukces. Choć Chronosquad to taki komiks, który pokazuje pazur ale nie pcha się z nim od pierwszej strony, a raczej wbija je powoli, z każdym kolejnym kadrem. To pozycja, której trzeba dać mu się rozpędzić, nie pospieszać i spokojnie chłonąć, nie zwracając uwagi na drobne niedogodności, które się pojawiają. Choć jeśli spojrzeć na to szerzej, jawią się drobiazgami.
Irytujące mogą się wydawać przedłużajace się dialogi albo niektóre sekwencje kadrów, które mogą sprawiać wrażenie, że nic nie wnoszą. Coś, co sprawa wrażenie zapychacza tudzież zalatuje laniem wody, jest powolnym budowaniem klimatu i ma tutaj pewien cel. Za pomocą takich zabiegów dzieje się w Chronosquad coś bardzo ciekawego.

Nadgryziony zębem czasu
Chronosquad stylizuje się na mocno oldschoolową pozycję, z wszystkimi tego konsekwencjami. Narracja, która wydaje się być nieco rozwleczona jest tego elementem, a dopełnieniem tego jest sama kreska, stylizowana na nieco starsze publikacje. Ta maniera i stawianie się z nieco starszymi pozycjami robi doskonałą robotę. Pozwala bowiem skupić się na akcji i sprytnie ukrywa chęć analizowania wszelkich naukowych prób podważania podwalin świata przedstawionego. Podczas lektury płynąłem sobie ze strumieniem opowieści i nawet przez chwilę nie miałem ochoty rozważać nad potencjalnymi menadrami mogącymi sobie zaprzeczać lub nad tym, czy aby na pewno historia spina się w jakiejś sensownej naukowej ramce.
Chronosquad nie jest opowieścią z ambicjami wgryzania się w obszar „science”, a przynajmniej nie sprawia wrażenia, że ma takie aspiracje. Zakładam również, że detaliści mogą jednakowoż doczekać się bardziej szczegółowych informacji w naukowych zakresach lub wyjaśnień dlaczego co się spina z czym, bo należy pamiętać, że rozmawiamy tu o tomie pierwszym z czterech (a na obwolucie widać jeszcze dwie pozycje oznaczone jako spin-off). Mnie osobiście nie było to do niczego potrzebne. Bardziej mnie zaintersowała sama intryga uknuta przez autorów.
Główną nutą jest tu bowiem poszukiwanie nastolatków, i wszystko to, co wypływa przy okazji tych wydarzeń. A wypływa całkiem sporo, bo postaci, które tworzą autorzy wydają się być zamkniętymi książkami i mają swoje historie do opowiedzeniam a wokoło tego, a zarazem mimochodem, dzieje się całkiem sporo.
Wracając jednak na chwilę do narracji i jej powolnego biegu – decyzja o takim podejściu robi świetną robotę. Powolne obroty pozwalają na dokłądniejsze przyswajania informacji. Nie jesteśmy tu atakowani bodźcami i informacjami z każdej strony. Akcja rozwija się powoli, acz miarowo i z każdą chwilą nabiera tempa. Mamy czas na zapoznanie się z bohaterami, powoli odkrywajacymi przed nami swoje motywacje, wady i zalety. Nie należy bowiem zapominać, że mamy tu do czynienia z kryminałem, jedynie ubranym w fatałaszki fantastyki.

Śmiesznie i poważnie
Nie mogę też przejść obojętnie obok humoru, z którym podano opowieść w Chronosquad. Zaczynając od tego, że komiks wypełniają foldery na zakup wycieczek, reklamujące za pokaźne sumki wakacje w słońcu starożytnych krain, czy wyprawy na narty podczas zlodowaceń i stad mamutów. Takie niesztampowe łamanie czwartej ściany i zachęcanie do podróży pomimo naszej wiedzy o toczącym się śledztwie wymaga małej autorskiej i uroczej bezczelności. Sam Telonius jest nieco fajtłapowatym kolesiem, który fuchę w Chronosquadzie traktuje jako możliwość na zwiększenie swoich szans u płci pięknej. Zresztą, odnoszę wrażenie, że pogoń za spódniczkami wpędzi go w jeszcze niejeden kłopot.
Całość sprawia bardzo dobre wrażenie i bardzo dobrze mi się wkręciło. Pomimo powolnego początku, Bloch i spółka porwali mnie na swoją wyprawę i utonąłem w wirze wydarzeń, którego ramiona rozciągają się na dość szeroką intrygę. Tajemnicze schadzki jednego z członkow Chronosquadu? Jeszcze bardziej tajemnicze trupy, które wypływają zupełnie niespodziewanie w jeszcze bardziej niespodziewanych miejscach? Wygląda to wszystko na tłustą o sycącą opowieść.
Przy tym Chronosquad czyta się bardzo fajnie, i pozycja dostarcza porządnej porcji rozrywki na bardzo wysokim poziomie. To absorbujący i pochłaniajacy komiks, który konsumuje się z przyjemnością. Ttakie tytuły mocno rozbudzają apetyt na więcej. Przynajmniej na mnie działa to na tyle mocno, że wypatruję już kolejnego tomu, przytujpując z niecierpliwością.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Non Stop Comics
