Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Będąc szczerym, nie sięgałem po tę pozycję ani zbyt chętnie, ani z przesadnym optymizmem. Okładka skojarzyła mi się z naszym rodzimym wydaniem „Orcademia” z podobnymi ogrzycami. Fragment znam z „Produkt25” i zdawał się być jednoznacznie tęczowy. Nie twierdzę, że to jedyne, co oferował, ale często tak bywa. Chimery mają w tym zakresie jedynie dwa „mrugnięcia”.
Po pierwszych stronach przygody pomyślałem, że jest to opowieść typu girl power, napisana przez kobietę i kierowana do dziewczyn. Tu znów mój błąd – autorem komiksu jest Stèphane Fert. Stèphane, tzn. Stefan, a nie Stefania (ponownie okazuje się, że semestr francuskiego na studiach mógł zostać lepiej wykorzystany). Mało istotne, ale wskazuje to, że autor dobrze oddaje dynamikę grupy kobiet–czarownic.
Podsumowując: Krocząca we mgle była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem.

Zmiennym krokiem
Nie znałem części pierwszej (Oddech rzeczy), stąd część druga (Chimery) mogła być bardzo skomplikowana. I faktycznie trochę taka jest, ale przyjmuje to formę złożonej historii kryminalnej, w środek której jesteśmy wrzucani, a elementy której poznajemy stopniowo w kolejnych etapach.
Tom drugi faktycznie zawiera dużą liczbę (dla mnie nowych) postaci. Z tego, co wiem, twórca planował stworzyć trylogię. Jednak – jak sam przyznaje w jednym z wywiadów – jego forma pisania i rysowania ma to do siebie, że jest dość improwizacyjna. Po przeczytaniu drugiego tomu wątpię, by zdążył wyjaśnić wszystkie kwestie w jednym kolejnym albumie.
Oryginalny tytuł Kroczącej we mgle to Le Marche Brume. Według potężnych bogów internetu oznacza to „marsz mgły”. Wydało mi się to trafne, bo mgła postępuje w przedstawionym świecie, bohaterowie przez nią podążają, jak również mgliste jest pochodzenie głównej bohaterki.
Zatem tłumaczenie Ady Wapniarskiej należy docenić.
Za scenariusz oraz rysunki odpowiada Stèphane Fert, którego możemy znać ze „Skóry z tysiąca bestii” wydanej przez Timof.
Co do strony graficznej – nie jest ona specjalnie w moim guście. Jak wspomniałem, twórca stawia na pewną dozę improwizacji. To, w połączeniu ze stylem „rozlanych” kolorów i nieregularnych kształtów, świetnie oddaje klimat opowieści.

Krocząca we mgle – sałatka gatunków
Bohaterka z okładki z wyglądu przypomina ogrzycę (choć o gustach się nie dyskutuje). Przechodzi stopniową metamorfozę – jej włosy stały się białe, jednak nie będzie to jedyna zmiana. Jej przewodnikiem oraz nieproszonym doradcą jest latająca głowa z trzema oczami.
Równolegle ekipa czarownic podąża swoją drogą, unikając lub walcząc z tajemniczą mgłą.
Wydawałoby się, że czytamy fantasy, ale znajdziemy tu dużo więcej. W komiksie pojawiają się mutanty, rycerze–zombi wychodzący z portali rodem z TVA z Lokiego, a na czele tych złych stoi przywódca przypominający członka Borga ze Star Treka.
Słowem, mamy tu wszystko – i to jest całkiem dobre. Jeszcze przed Star Wars wiadomo było, że miks fantasy i sci-fi daje nieograniczone możliwości. Nie jest to jednak pewna recepta na sukces.
Mam co do serii dość dobre przeczucia. Jeśli miałbym obstawiać dalsze losy, myślę, że możemy oczekiwać twistu jak w K-Pop Demon Hunters – zwłaszcza po przejrzeniu szkicownika na końcu wydania. A może będzie chodzić o inkarnacje zapomnianych bogów. Tak czy inaczej, chętnie się dowiem, jak tylko wyjdzie kolejny tom.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Timof.
