Nie zapomnij do nas zajrzeć – >

Przyznam, że uwielbiam wszelkie teorie powstania świata, mitologie z tym związane. Czy to żółwie trzymające słonie, galaktyka w zawieszce rudego kota (MiB), czy nieskończona incepcja ciągów symulacji komputerowych. Co prawda dłubanie w niepoznawalnym, w najlepszym przypadku prowadzi do szaleństwa, ale w trybie gdybania i melancholii jest to – obok istoty świadomości lub życia po życiu – świetny temat.
Wiedząc, że autor podchodzi do mitu stworzenia we własny sposób, byłem pozytywnie nastawiony i sceptyczny zarazem. Jakoś większy szacunek mam do bajek wymyślonych dawno temu – im dawniej, tym lepiej. Za sprawą DROMU nowej religii nie będzie, chociaż istnienie scjentologów i amiszów tego nie wyklucza całkowicie.

Nie wydrukujsz strony czarnego tekstu, bo nie masz żółtego kartridża
Bunt maszyn zaczął się już dawno temu… Pewnie nie odkryję Ameryki, bo na to samo zwróci uwagę każdy, kto dzielnie walczył ze złośliwymi drukarkami… Otóż to, co rzuciło mi się w oczy od samego początku, to CMYK. Jest to z pewnością nieprzypadkowy podział kolorów widoczny już na okładce. Oczywiście na okładce jest on wraz z innymi rzeczami, jednak pierwsza strona rozwiewa wątpliwości. Część głównych postaci, a zarazem rozdziały, również się do tego odnosi – mamy Czerwień, Błękit i Żółty, a dodatkowo czarną Formę i białego Ducha.
Kolory są jakby żywiołami, obliczami natury. Dokładniej to dwa z nich przedstawiają wymieszane cechy strony żeńskiej i męskiej, a trzeci utożsamia energię jako taką. Forma z kolei nadaje kształty poprzez krawędzie, wyznaczenie granic, a może również niepełne pokrycie. Wszystko zaś byłoby niczym bez Ducha – płótna, na którym można tworzyć.
Historia przedstawiona przez Jesse Lonergan jest, zgodnie zresztą z blurpem, epopeją o wojnie i miłości. Zamierzenie lub nie, znajdujemy tu mieszankę znanych mitów: tułaczkę Syzyfa, cierpienia Prometeusza, niezwyciężoność Achillesa czy też Kaina i Abla.

Powieść graficzna w pełnej krasie
Autor bardzo szczędzi dialogu, ale wynagradza to z nawiązką stroną graficzną. Ogólnie taka kreska jest obiektywnie dobra, ale zabawa kadrami, szeregi kafelków, przeplatanie się pomiędzy nimi szczególnie cieszy oko. Gubimy to, co jest tłem, a co pierwszym planem. Doskonale oddaje to Ducha i zmienną Formę – w końcu to dwie kosmiczne postacie reprezentujące wszechświat. Możemy do tego dorzucić nadrzędną siłę sprawczą, One Above All jak w Marvelu, czyli twórcę samego komiksu.
Taka opowieść, jak opisuję wyżej, byłaby wystarczająca – ot, komiks fantasy z udaną stroną rysunkową. Jednak to, co jest najlepsze, w moim odczuciu, to metakomentarz o samym komiksie. Otóż (wytrzymajcie proszę, bo być może mocno naciągam pod siebie) DROM opisuje ludzkość, która zaczęła posługiwać się pismem i sztuką. Dwie strony człowieczeństwa, dwóch „braci” zestawionych z zewnętrznymi siłami, którzy pokazują, że sztuka daje element rozwojowy. Popłynąłem – wiem. CMYK musi tu jednak coś znaczyć. Jestem ciekaw, czy ktoś jeszcze miał podobnie daleko idące spostrzeżenia jak ja.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Kultura Gniewu.
