Nie zapomnij do nas zajrzeć – >

Johny Cash krótko przed śmiercią nagrał piosenkę o tytule Ain’t no grave. Utwór ten jest uwspółcześnioną wersją piosenki, której autorstwo przypisywane jest przez kaznodziei Claude’owi Ely’emu, który w latach 30-tych, jako dziecko zaniemógł. Choroba, która miała wysłać go na tamten świat natchnęła go do stworzenia utworu, który jest głosem sprzeciwu wobec śmierci. Ten hymn upartego człowieka, który nie poddawał się objęciom kostuchy był coverowany i wykorzystywany wielokrotnie.
Sam motyw bohatera próbującego przeciwstawić się śmierci, oszukać ją, spróbować wykaraskać się od jej nieuchronnego pocałunku jest dobrze znany w dziełach kultury od samego jej zarania. Dość wspomnieć sumeryjską opowieść o Gilgameszu poszukującym nieśmiertelności, mit o Orfeuszu, który próbował wyrwać swą Eurydykę z łap Hadesa. Dante Alighieri wybrał się w podróż w zaświaty, próbując odnaleźć swoją Beatrycze. Doktor Frankenstein klejąc swojego potwora również próbował pokonać kostuchę. Z czasów nam już mniej odległych to Ingmar Bergman kazał Maxowi von Sydow grać z ponurym żniwiarzem w szachy, Julia Roberts, Kiefer Sutherland i Kevin Bacon sprawdzali, czy coś jest po drugiej stronie w Linii Życia, Robin Williams przechodził piekielne katusze by odnaleźć żonę w Między Piekłem a niebem, a Jake Gyllenhall próbował uniknąć spotkania z silnikiem samolotu w absolutnie kultowym Donnie Darko.

Ain’t no grave – wyprawa do piekła
Motyw oszukiwania śmierci nie przestaje fascynować twórców na przestrzeni wieków i mediów. I właśnie przy tej okazji chciałbym wspomnieć o komiksie wydanym przez wydawnictwo Shock Comics o tytule nawiązującym do wspomnianej na początku piosenki. Ain’t no Grave to opowieść właśnie o próbie zmierzenia się ze śmiercią, ale podlaną westernowymi atmosferą i klimatem.
Ain’t no Grave opowiada historię Ryder, która jest wyjętą spod prawa buntowniczką. Ryder wiedzie hulaszczy tryb życia, nie odmawiając sobie niczego i wychodząc z założenia, że wszelkie przeciwności losu można pokonać za pomocą szybkiej ręki na spuście lub oszustwie w karty. Jej historia, naznaczona mnóstwem ofiar, krwi i bólu i brutalnego łamania prawa. Ma jednak szczęśliwy finał. Ryder poznaje mężczyznę, w którym się zakochuje, mają razem dziecko i układają sobie przyszłość. Szczęście jednak nie trwa wiecznie i bardzo szybko się kończy. Ryder zapada na chorobę, której lekarze nie są w stanie uleczyć. Pozostały jej czas sugerują spędzić z rodziną i cieszyć się każdą pozostałą minutą, gdyż na liczniku zostało ich niewiele.
W tym momencie buntowniczy duch Ryder odzywa się ze zdwojoną siłą, gdyż ta postanawia odłożyć swój wyrok i wyrusza na podróż do zaświatów, by za pomocą ognia i ołowiu wyperswadować ponuremu żniwiarzowi pomysł na odebranie jej czasu z rodziną.
We wszystkich dziełach wykorzystujących w ten lub inny sposób motyw katabazy pojawiają się konsekwencje podjętych przez bohaterów działań i dojście do wniosków, że śmierć jest jednak nieuchronna i nie da się jej pokonać. Nie inaczej będzie w przypadku komiksu Ain’t no Grave.

Komu bije dzwon
Podróż w zaświaty okaże się trudna nie tylko z powodu obiektywnych trudności. Ryder przejdzie przez piekło, które będzie dręczyć jej duszę nie tylko przypominaniem zbrodni, które popełniła, ale również okazywaniem czasu i rzeczy, które utraciła poprzez swoje decyzje. Scenarzysta i ilustrator Skottie Young, znany ze swojej pracy dla Marvela oraz ilustrator Jorge Corona postawili na mroczną opowieść wypełnioną wyrzutami sumienia, niespokojnym duchem, który mimo wszystko rzuca wyzwanie największemu z przeciwników. I choć finał jest bardzo prosty do przewidzenia (wszak tytuły każdego z pięciu zeszytów, na które składa się Ain’t no Grave to nieprzypadkowo etapy żałoby), to w jakiś dziwny sposób nadal czytelnik ma wrażenie, że Ryder może jednak coś wymyśli i utrze nosa aniołowi śmierci. Do tej pory wszystkie, nawet najbardziej niewyobrażalne wyzwania rzucane losowi przez bohaterkę kończyły się dlań pomyślnie.
Olbrzymią zaletą komiksu jest to, że pomimo spodziewanego finału i tak w jakiś sposób udaje się wytworzyć to uczucie, że liczymy, razem z Ryder, że tym razem może jednak się uda. Z każdą stroną ta nadzieja jednak gaśnie, bo poznając historię przestępczego życia Ryder odnosiłem wrażenie, że jednak nagroda będzie niezbyt sprawiedliwa. To jednak działało zupełnie odwrotnie na bohaterkę. Wzmagało w niej jeszcze większą siłę i determinację, by jednak udowodnić, że ostatni raz wydrze losowi karty z ręki i rozegra partię po swojemu. Coś jest w takich buńczucznych i całkowicie idących pod wiatr bohaterach, że nie sposób nie śledzić ich poczynań, z pragnieniem sprawdzenia, jak zakończy się ich pojedynek z losem.
Ain’t no Grave to jednostrzałowiec, który wali z siłą pocisków z całego bębenka. Nie bierze jeńców. Tarmosi i skłania do refleksji, a także przypomina o tym, że wszyscy mamy określony czas na tym łez padole. Robi to przy akompaniamencie wystrzałów, mrocznej i dusznej atmosfery, którą świetnie oddają rysunki Corony. Surrealizm zaświatów pięknie miesza się z realizmem codzienności Ameryki z czasów jej podboju. Autorzy spisali się na medal, komiks siadł mi niesamowicie. Udało się złapać tę westernową atmosferę i wiatr wiejący od prerii, który zatrzymywał się w połach płaszczy rewolwerowców. Butnych i zatwardziałych. Takich, którzy, choćby i przesądni do granic przesady, podbijali Amerykę.
Za komiks do recenzji dziękujemy wydawnictwu Shock Comics.

