Kroniki Zamku Avel Rebel

Kroniki Zamku Avel – gra planszowa

Kiedy ratowanie królestwa jest ważniejsze niż wygrana

Są gry, które od pierwszej partii pokazują, że zostały stworzone po to, by wywoływać emocje. Nie chodzi o emocje związane z liczeniem punktów, analizowaniem optymalnych ruchów czy nerwowym sprawdzaniem tabelki punktacji na końcu rozgrywki. Chodzi o emocje płynące z samej przygody. Do takich tytułów należą właśnie Kroniki Zamku Avel – gra, która przypomina, że planszówki potrafią opowiadać historie równie dobrze jak książki czy gry komputerowe.

Już po otwarciu pudełka widać, że twórcy doskonale wiedzieli, do kogo kierują swój produkt. Kolorowe ilustracje, sympatyczni bohaterowie i bajkowy klimat sprawiają, że trudno przejść obok tej gry obojętnie. Co ważne, nie jest to jednak produkcja skierowana wyłącznie do dzieci. To jedna z tych rzadkich pozycji, przy których równie dobrze bawi się siedmiolatek, jak i dorosły planszówkowy wyjadacz.

Bohaterowie nie rodzą się w karczmie – bohaterowie powstają przy stole

Jednym z najlepszych elementów gry jest tworzenie własnej postaci. Zamiast otrzymać gotowego wojownika numer jeden albo maga numer dwa, sami decydujemy, jak będzie wyglądał nasz bohater.

Brzmi niepozornie, ale działa zaskakująco dobrze. Dzieci uwielbiają ten etap, a dorośli bardzo szybko przypominają sobie, że w głębi duszy nadal mają dziesięć lat. Nagle okazuje się, że niezwykle ważną decyzją staje się wybór fryzury, miecza czy koloru peleryny.

W wielu rodzinach już na tym etapie rozpoczyna się pierwsza część przygody. Ktoś tworzy nieustraszonego rycerza, ktoś inny wojowniczkę z gigantycznym toporem, a jeszcze ktoś bohatera wyglądającego jak połączenie czarodzieja, pirata i sprzedawcy cebuli z lokalnego targowiska.

I właśnie o to chodzi.

Współpraca zamiast podgryzania się pod stołem

Na rynku nie brakuje gier rodzinnych, które deklarują współpracę, a w praktyce kończą się tym, że jeden gracz podejmuje wszystkie decyzje, a pozostali pełnią funkcję dekoracyjną.

W Kronikach Zamku Avel ten problem został ograniczony do minimum. Każdy bohater ma coś do zrobienia, każdy uczestniczy w walce z potworami i każdy ma wpływ na losy królestwa.

Najważniejsze jest jednak to, że wszyscy grają przeciwko grze.

Nie ma tutaj momentu, w którym trzeba złośliwie podłożyć komuś nogę albo cieszyć się z cudzej porażki. Zamiast tego gracze wspólnie próbują przygotować się na nadejście Monstrum, które zmierza w stronę zamku.

To rozwiązanie świetnie sprawdza się szczególnie w rodzinach. Młodsi gracze nie muszą przeżywać frustracji związanej z przegraną z rodzicem, a dorośli nie muszą udawać, że „przypadkiem” przegrali.

Wszyscy walczą o ten sam cel.

Kroniki Zamku Avel to poszukiwanie skarbów i klasyczny syndrom „jeszcze tylko jedna tura”. Przez większość gry eksplorujemy krainę wokół zamku. Odkrywamy nowe obszary, walczymy z potworami, zdobywamy wyposażenie i próbujemy przygotować się do finałowego starcia. Mechanicznie nie jest to nic rewolucyjnego. I całe szczęście.

Twórcy nie próbowali wynaleźć koła na nowo. Zamiast tego skupili się na tym, by wszystkie elementy działały płynnie i intuicyjnie. Dzięki temu nawet osoby niemające doświadczenia z planszówkami bardzo szybko łapią zasady.

Największą siłą gry jest jednak tempo przygody. Co chwilę dzieje się coś ciekawego. Tu znajdziemy nową broń, tam pojawi się potwór, za chwilę odkryjemy kolejny fragment mapy.

To właśnie dlatego podczas partii regularnie pojawia się klasyczne:

„Dobra, tylko jeszcze sprawdzę, co jest pod tym żetonem.”A potem okazuje się, że minęło kolejne dwadzieścia minut.

Walka, która nie udaje skomplikowanej

System walki opiera się głównie na rzutach kośćmi i odpowiednim przygotowaniu bohatera. Miłośnicy ciężkich eurogier mogą teraz przewrócić oczami i powiedzieć, że to zbyt losowe. I będą mieli trochę racji.

Ale Kroniki Zamku Avel nigdy nie próbowały być grą o matematycznej perfekcji. Tutaj liczy się przygoda. Emocje związane z rzutem kością są częścią doświadczenia. Kiedy cała drużyna obserwuje ostatni rzut, który zdecyduje o losach zamku, napięcie jest autentyczne. Nikt nie zastanawia się wtedy nad statystycznym rozkładem prawdopodobieństwa. Wszyscy po prostu chcą wyrzucić odpowiedni wynik.

Wykonanie, które robi robotę

Trudno mówić o tej grze bez wspomnienia o jej oprawie. Plansza wygląda świetnie, ilustracje są pełne charakteru, a komponenty aż proszą się o wyłożenie na stół. Wszystko jest kolorowe, czytelne i przyjazne dla młodszych graczy. To jeden z tych tytułów, które skutecznie przyciągają ludzi do stołu jeszcze zanim ktokolwiek przeczyta instrukcję.

W czasach, gdy wiele gier próbuje wyglądać „epicko” za pomocą mroku, czaszek i ponurych wojowników, Kroniki Zamku Avel pokazują, że bajkowa stylistyka nadal może być atrakcyjna.

Nie wszystko jest idealne.

Choć gra ma mnóstwo zalet, nie jest pozbawiona wad. Bardziej doświadczeni gracze mogą po kilku partiach zauważyć pewną powtarzalność. Mechaniki są stosunkowo proste i nie oferują ogromnej głębi strategicznej.

Losowość również potrafi czasem dać się we znaki. Bywają sytuacje, gdy kości postanawiają opowiedzieć własną historię, zupełnie niezależną od planów drużyny.

Nie każdemu spodoba się też familijny charakter gry. Jeśli ktoś szuka skomplikowanej kampanii w stylu wielogodzinnych dungeon crawlerów, powinien spojrzeć w inną stronę.

Dla kogo jest ta gra?

  • Dla rodzin? Zdecydowanie.
  • Dla rodziców szukających pierwszej większej gry przygodowej dla dzieci? Jak najbardziej.
  • Dla osób, które chcą wspólnie przeżywać przygodę zamiast rywalizować? Również.

Natomiast gracze oczekujący ogromnej głębi strategicznej mogą potraktować Kroniki Zamku Avel bardziej jako lekką, relaksującą odskocznię niż główne danie planszówkowego wieczoru.

Werdykt

Kroniki Zamku Avel to jedna z tych gier, które przypominają, dlaczego wielu z nas zakochało się w planszówkach. Nie dlatego, że są najbardziej skomplikowane. Nie dlatego, że oferują setki możliwych strategii. Dlatego, że tworzą wspomnienia.

Po partii rzadko pamięta się dokładny wynik czy liczbę zdobytych przedmiotów. Pamięta się za to moment, gdy cała drużyna uratowała zamek ostatnim rzutem kości. Albo sytuację, w której ktoś przez pół gry nosił legendarny miecz, by w decydującym starciu spektakularnie spudłować.

I właśnie wtedy wiadomo, że gra zrobiła coś dobrze.

Pięknie wydana, pełna przygód i emocji gra kooperacyjna, która potrafi połączyć przy jednym stole dzieci i dorosłych. Nie jest rewolucyjna, ale w swojej kategorii należy do najciekawszych rodzinnych planszówek ostatnich lat.

Warto Zerknąć

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *