Dzień dobry albo dobry wieczór, bo nie wiem kiedy państwo będą to czytać. Ostatnio miałem zaskakującą przyjemność zapoznać się z komiksowymi adaptacjami wczesnej prozy H.P. Lovecrafta. Wydawnictwo Best Comics na szczęście nie zasypywało gruszek w popiele i wkrótce ukazał się tom drugi. Zawiera on aż pięć adaptacji opowiadań. Z szybkiego rzutu okiem na listę adaptowanych utworów wynika, że tym razem sięgnięto po trochę wyższą półkę, jeśli chodzi o twórczość Samotnika z Providence.
Jak tym razem scenarzysta i rysownicy poradzili sobie z tym wyzwaniem? O tym już za chwilę. A w zasadzie to teraz.
Muzyka Ericha Zanna
Opowiadanie bardzo klimatyczne, wysoko oceniane przez samego Lovecrafta, który raczej krytycznie podchodził do swojej twórczości. Podobnie jak w tomie pierwszym scenarzysta nie byłby sobą, gdyby czegoś nie poprawił. Do prostej historii o muzyku niemowie, który gra na violi (albo wiolonczeli), czym przyzywa jakiś nieludzki byt, dodał wspomnienia z Holocaustu i nazistowskie eksperymenty. Jak w większości popkulturowych adaptacji, Erich Z. gra w tej wersji na skrzypcach. Całość rozgrywa się współcześnie, a zamiast biednego studenta mamy naukowca na konferencji naukowej programu SETI. Towarzyszy temu autoironiczna narracja głównego bohatera, co nieźle kontrastuje z oniryczną fabułą. Jednak to co w opowiadaniu było niedookreślone i tajemnicze, w komiksowej adaptacji dostało przysłowiową “kawę na ławę”. Psuje to trochę klimat oryginału, ale dopisuje nowe znaczenia i interpretację utworu. Klarowny, czytelny styl rysownika Aldina Barozy dobrze koresponduje z takim typem fabuły. Nawet senne sekwencje są narysowane precyzyjnie, efekty oniryczne wynikają z efektownego rozplanowania kadrów.
Gościnnie wystąpiła kosmiczna ćma (Mi-Go?) strzelająca energią i kosmiczna orkiestra dęta. Czyż można chcieć więcej?


Dagon
Oryginalne opowiadanie to dość krótka historia marynarza, który pakuje dożylnie morfinę, bo kiedyś był na morzu i zobaczył coś strasznego. Mimo niewielkiej objętości zasługuje na uwagę ponieważ pierwszy raz w twórczości pojawia się tam podwodny potwór-bóstwo (jeśli się pomyliłem i to nie jest pierwszy raz, to dajcie znać w komentarzu).
Komiksowa adaptacja poraża za to swoim rozmachem. Z kilku stron oryginalnej historii robi nam się horror wymieszany z polowaniem na Czerwony Październik (albo Dagona), tajną mapą Edgara Allan Poego, podwodnym bóstwem molestującym urodziwą niewiastę i lesbijskim romansem wakacyjnym. Iä Iä, Dagon Ftagn!
Całej tej zapierającej dech w piersiach historii towarzyszy elegancka kreska Sergio Cariello, dobrze oddająca różne interesujące detale.
Trzeba też oddać sprawiedliwość, scenarzyście, że sam Lovecraft również wspomniał w innym opowiadaniu o zastosowaniu łodzi podwodnych przeciwko istotom z głębin, aczkolwiek było to bliżej portu w Innsmouth. Generalnie widać, że scenarzysta czerpie garściami z całego panteonu wymyślonego przez Lovecrafta w czasach późniejszych niż dane opowiadanie. Cóż, współczesny czytelnik musi wiedzieć, że Cthulhu ciągle gdzieś tam czeka, aż będzie mógł wyjść z głębin. A do tego czasu zastąpi go Dagon. Jako bonus mamy opowiedziany skrót całej historii obcych cywilizacji na Ziemi. Nie rozwija to jakoś specjalnie fabuły i sprawia wrażenie, jakby scenarzysta chciał wypełnić objętość odzierając jednocześnie opowieść z tajemnicy. Z horroru robi się powoli film klasy B o gumowych potworach z laserami. Najlepszy to przykład, że więcej niekoniecznie oznacza lepiej.

Arthur Jermyn
Oryginalne opowiadanie to specyficzna artykulacja rasizmu Lovecrafta, który z lęku przed mieszaniem ras uczynił paliwo dla kilku swoich utworów. Jest to temat kontrowersyjny, tak więc adaptacja tego tekstu stanowi duże wyzwanie.
Całość zaczyna się bardzo dynamicznie. Rok 1852 w posiadłości Jermynów ktoś kogoś dusi, ktoś strzela, ktoś tam jedzie na koniu. Po wymianie ognia trwa ustalanie o co poszło, ale zarówno bohaterowie jak i czytelnik nie bardzo wiedzą, co tu właściwie się stało.
Bogate w detale, klimatyczne rysunki Weid Reida paradoksalnie nie ułatwiają zrozumienia historii, ponieważ bohaterowie wyglądają dość podobnie. Z wymiany informacji pomiędzy osobami pojawiającymi się kadrach wynika, że problemy psychiczne ojca bohatera mają źródło w jego zajmowaniu się etnologią.
W drugiej części tej historii skaczemy trzydzieści lat do przodu i dostajemy jeszcze więcej Jermynów z problemami psychicznymi.
W trzeciej motywy etnologiczne zostają zastąpione cthultystycznymi, tak, żeby nie było wątpliwości w jakim uniwersum to wszystko się rozgrywa. Scenarzysta całkiem zgrabnie spiął to ze sobą, zostawiając jednocześnie oryginalny finał.

Zeznanie Randolpha Carrera
Muszę się przyznać, że kiedyś było to jedno z moich ulubionych opowiadań Lovecrafta. Prosta fabuła w stylu Dungeons & Dagons, czyli eksploracja tajemniczych podziemi pod grobem na cmentarzu, jest jednak dość ciężka do przełożenia na komiks. Oryginalnie bowiem dostawaliśmy tylko relację z dołu przekazywaną przez kabel telefoniczny.
Tutaj całość jest rozwinięta w zagadkę kryminalną, Mogłoby by się wydawać, że specjalista zajmujący się profilowaniem morderców podejmie wyprawę w celu wyjaśnienia sprawy morderstwa. Fabuła natomiast się gmatwa, z radością witamy więc znów fragment uniwersum Lovecrafta w postaci bluźnierczej księgi. Całość została zilustrowana przez Christophera Jonesa w ciekawy sposób. Naprzemiennie tworzy on jasne kadry, z postaciami rysowanymi wyraźnymi liniami i ciemne, gdzie część detali skrywa mrok. Ten filmowy zabieg dobrze buduje napięcie w historii. Zamiast kabla telefonicznego mamy magiczne krótkofalówki, które działają pomimo warstwy ziemi, ale finał pozostaje dobrze znany i lubiany.

Piekielna Ilustracja
Historia mafijna połączona z przygodami pracownicy wydawnictwa, która nadzoruje wydanie książkowego horroru. Nie będę wspominał o oryginalnym opowiadaniu, bo jego fabuła zmieściła się na pięciu stronach komiksu. Reszta została doszyta w dość dziwaczny sposób. W sumie to nawet sama kwestia odkrycia, co autor miał na myśli, czyni tę historię zajmującą, Wyjaśnienia tej zagadki sam do końca nie jestem pewien, ale przynajmniej nie mamy wszystkiego łopatologicznie wyłożonego. Daje to tę atmosferę obcowania z niewiadomym, która niedomaga w pozostałych adaptacjach. Dla równowagi, rysunki Roba Davisa są najbardziej toporne w porównaniu z resztą historii.

Trzy słowa na koniec
Jako fan Lovecrafta mam dodatkową radość, bo wprawdzie raczej wiem, jak dane opowiadanie się skończy, to w przypadku adaptacji ze Światów Lovecrafta zawsze czekam na jakąś dodatkową niespodziankę. Chcę wiedzieć, co się stało z historią grozy sprzed stu lat, w jaki sposób została zmieniona, żeby pozostała atrakcyjna dla współczesnego czytelnika.
Paradoksalnie mam jednak wrażenie, że wcześniejsza adaptacja słabszych opowiadań wyszła panu Jonesowi lepiej. Próba poprawienia tych dojrzalszych poskutkowała zbytnim rozdęciem i zamianą klimatu grozy na wykład pt: “Wprowadzenie do Mitów Cthulhu”. Nie zmienia to faktu, że osoby chcące wejść do świata Lovecrafta dostają bramę i klucz, gotowe do użycia w wygodny sposób.
Wątpliwości może jednak budzić sposób w jaki potraktowano dziedzictwo Lovecrafta. Zamiast grozy wynikającej z obcowania z czymś kosmicznym i tajemniczym mamy armię potworów i wszystkowiedzących narratorów objaśniających czytelnikowi, z czym ma do czynienia. To potraktowanie Lovecrafta bardziej w konwencji uniwersum Marvela niż opowieści niesamowitej. Jestem bardzo ciekaw, co będzie, gdy seria dotrze do ścisłej czołówki mitów, gdzie fabuły nie trzeba celowo naginać w stronę Cthulhu. Dlatego też czekam z niecierpliwością na kolejne tomy i na grę, jaką scenarzysta podejmie z czytelnikami, w tym z marudnymi fanami Lovecrafta.
Dziękujemy wydawnictwu Best Comics za udostępnienie komiksu

