„Nienawiść jest siłą przyciągającą, tak jak miłość.„
– Terry Pratchett, Kolor Magii (1983)
Starfield: status związku: to skomplikowane.
Mówi się, że stosunki z Bethesdą są dwubiegunowe – albo kochasz, albo nienawidzisz. Trudno nie postrzegać tego związku inaczej. Przez lata obiecywali złote góry, nie spełniając oczekiwań, a innym razem dowożąc całkiem zgrabne i powabne tytuły. Oczywiście patche i scena moderska sprawiały, że ciężko było nie przekonać się do amerykańskiego developera. W tej miłości wymieszanej z nienawiścią czas sobie spokojnie płynął. Wreszcie dobrze nam znane patenty i dojenie wymion franczyzy Fallouta wszystkim się przejadło. Bethesda wiedziała już, że pozostało pójść w innym kierunku.. tym razem, w kierunku gwiazd.
Przyglądając się sytuacji z boku, a dokładniej odcinając się od pociągu zwanego „Hype”, czekałem cierpliwie na premierę. Niczym Neo omijałem materiały promocyjne, dyskusje i panele. Wreszcie jednak przyszedł dzień ZERO! Dla jednych zbawienie, bo oto, po latach, Bethesda wypuszcza nie tylko nowy tytuł, ale zupełnie nową własność intelektualną! Dla drugich, dzień jak co dzień, ot kolejna premiera dużego studia. Jeszcze inni, słyszeli tylko pieśń przyszłości, przynajmniej dopóki nie kupią innej konsoli lub nie zainwestują w dość mocnego PeCeta. Tak czy inaczej, Starfield zadebiutował, a tąpnięcie słychać nader głośno.

Oceny początkowe
Pierwsi byli krytycy, wystawiający oceny 9/10 i 10/10. Tym łatwiej było uwierzyć, że Bethesda tym razem dowiozła coś samochodem, którego silnik nie przebija przez prawy błotnik i koło.
Następnie, zgodne z ocenami krytyków dochodziły nas głosy ludzi, którzy zdążyli ograć tytuł chwilę wcześniej. Wyglądało na to, że Bethesda, przy wsparciu Microsoftu, stworzyła produkt dopracowany, pozbawiony doskonale nam znanych błędów.
Następnie starły się ze sobą dwie strony tego samego medalu. Pospolici gracze, my, próbujący się przekrzyczeć i przecisnąć swoje „jedynki” i „dziesiątki”. Przy tym sprowadzając dyskusję albo do tego, że „mnie się podoba”, albo do tego, że „mnie się nie podoba”. Wisienką na torcie tego sporu były wojenki konsolowe, które w trakcie pisania tego kawałka, dalej toczone są na każdym froncie.
Z tego wszystkiego, niczym słynny Jožin Z Bažin, wynurza się pytanie – jaka jest faktyczna ocena Starfielda? Czy to mesjasz, ogołociciel czasu, ten, który pogorszy małżeńskie relacje i sprawi, że plamy potu wpiszą się na stałe w pachy t-shirtów, strzegąc przy tym kilku młodzieńców od niechcianych ciąż? Czy może to zwykłe kłamstwo przyprószone zielonym kolorem Mikromiękkiego dolara, łagodzone szelmowskim uśmiechem Todda?
Zacznijmy od najważniejszego. Jeśli komuś Starfield podoba się tak bardzo, że jest w stanie zostawić pracę i grać do upadłego: 11/10 – super! Jeśli ktoś nienawidzi tej gry tak bardzo, że kraty w oknach do końca życia to dla niego wypoczynek: -1/100 – super! My spróbujmy popatrzeć na tę grę z innej strony. Jakie jest jej wykonanie? Czy biorąc pod uwagę doświadczenie firmy developerskiej, rozwiązań, które zostały zastosowane będziemy w stanie ocenić tytuł obiektywnie? Jak wypada na tle znanych nam gier?
Zapraszam zatem w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: gdzie my właściwie jesteśmy, jeśli chodzi o Starfield?
Grafika
Jeśli mówimy o możliwościach Starfield, czyli maksymalnych ustawieniach, to trzeba powiedzieć, że graficznie wcale nie jest źle. Sam poziom technologiczny grafiki, chociaż nie ma tutaj rewolucji – jest bardzo poprawny. Tekstury dobrze ze sobą grają a design statków i miejsc jest interesujący. Czuć nawiązania do naszych czasów (srebrne i złote folie, kable, orurowania), dający poczucie retrofutury. Do tego wszystkiego ogromna ilość detali – napisy na materiałach, rurki, wgłębienia w powierzchniach. Ręcznie stworzona przestrzeń jest świetnie zagospodarowana i wiarygodna.
Pierwszym małym minusem jest standardowa dziś praktyka: wszystko zalane jest tą charakterystyczną, mleczną poświatą (tutaj w odcieniu zieleni). Na szczęście w miarę łatwo da się jej pozbyć przy użyciu moda ReShde.
Kolejna drobna rzecz to twarze postaci niezależnych. Szczególnie, a może nawet głównie, NPC będący tłem, zostawiają sporo do życzenia.
Większym minusem jest optymalizacja. Według Digital Foundry, dla Xbox Series X oraz Series S, da się zaobserwować spadki FPS w New Atlantis i Akila City. W obydwu przypadkach sięgają one nawet kilku FPSów w dół. Ponadto da się doświadczyć losowych, około sekundowych, zatrzymań. Z własnych obserwacji wynoszę podobne wrażenia na Xbox Series X.
Dla porównania, Starfield na PC.
Maksymalne ustawienia graficzne, konfiguracja: RTX 4090, AMD Ryzen 5800x 3D, w 1440p – tutaj klatkarz ma się średnio. W Akila City FPSy spadały ze 110 do 60 a czasem do 55. Zatrzymań nie było. Na słabszych kartach graficznych (np. RTX 3060) było zdecydowanie gorzej. Dodatkowym mankamentem jest fatalna obsługa HDR na PC. Patrząc na Red Dead Redemption 2 czy Star Wars Jedi: Survivor i inne tytułu, mozna odosić wrażenie, że to już chyba staje się plagą.

„Wpadaj, u mnie jest odwapniony kwadrat!” – zasłyszana rozmowa pomiędzy nastolatkami na New Atlantis.
Muzyka
To jest bezkompromisowo mocna strona Starfielda. Wszystko ze sobą gra, pasuje do scen i doskonale wprowadza w klimat Science Fiction. Niemniej, muzyka to tło, które spełnia swoją rolę i nie dominuje scen. Zdecydowanie czuć w tym wszystkim Bethesdę i powiew serii TES.
Mechanika
Jako że Starfield to wszystko po trosze, należy powiedzieć o kilku aspektach, które łączy ze sobą.
Jako strzelanka gra maluje się całkiem zgrabnie. Sterowanie statkiem w kosmosie jest poprawne, nie ma tutaj rewolucji. Widać klasyk kosmicznych shooterów i utartych ścieżek. Różnicą jest to, że tym razem mamy do dyspozycji bardzo duże wspomagania celowania, co czyni walkę bardziej arkadową. Co więcej, po odblokowaniu jednego ze skilli, możemy też celować w poszczególne moduły statków przeciwników. System jest bardzo podobny do znanego z serii Fallout: V.A.T.S, z tą różnicą, że odbywa się w czasie rzeczywistym.
Walka naziemna jest tak samo poprawna jak kosmiczna. Można rzec, że czuć strzały pod myszką czy w kontrolerze. Nie ma tutaj większych innowacji czy zaskoczeń. To, co wyróżnia się na plus, to walka na statkach lub stacjach przy zerowej grawitacji. Każdy strzał przesuwa postać gracza i NPC, potęgując uczucie bezwładności. Niby nic specjalnego, ale jest to zdecydowanie miłe urozmaicenie.
W całej tej przeciętności jest jednak łyżka dziegciu – NPC i Sztuczna Inteligencja. O ile z łatwością można pogodzić się z NPC błąkającymi się po miastach, to już czuć pewną sztuczność w obcowaniu z bardziej istotnymi postaciami niezależnymi. W kwestii AI, ludziki, z którymi przychodzi nam się mierzyć są bardzo przeciętnymi w odbiorze rzeczywistości istotami. Można powiedzeć, że są przeciętne do tego stopnia, że są zwyczajnie durni. Sztuczna inteligencja nie jest czymś wyjątkowym. To po prostu bloki, które trochę się chowają, ale głównie giną. Owszem, starają się uprzykrzyć życie graczowi, ale nie ma tutaj żadnych specjalnych manewrów, żadnego kombinowania.
Silnik gry
Znany nam, choć ulepszony od czasów Morrowinda Creation Engine 2 pachnie jak otwarta po latach książka. W Starfield po prostu czuć pewną toporność animacji i te same rozwiązania co zawsze. Instancjonowanie – przechodzenie z otwartego świata do pomieszczeń to już chleb powszedni dla fanów gier Bethesdy. Fakt, psuje to nieco immersję, ale ma też swoje plusy. Pozwala na przykład na „zapamiętanie” przez grę, gdzie, co zostało przez gracza położone. Możemy zatem rozrzucać swoje śmieci po statku czy mieszkaniu do woli (co kto lubi, nie oceniam). Niemniej jednak, po tylu latach żucia tej samej gumy, po prostu czegoś brakuje. Wiadomo, że tworzenie silnika to sprawa droga i ogólnie wymagająca, ale chciałoby się jakiejś innowacji, powiewu świeżości… Po prostu czegoś na miarę XXI wieku.

„Na misję nigdy nie idę głodny” – nieznany marine.
Immersja
W Starfield immersja to zdecydowanie najsłabszy punkt programu. Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy to masa ekranów ładowania. Przemieszczanie się między układami, planetami albo nawet po mieście to seria kliknięć i wejść w menu lub przejść przez drzwi. Wszystko to okraszone krótką animacją, która z kolei i tak nie pokrywa całości czarnego ekranu ładowania. Tak, z jednej strony, po odkryciu jakiejś lokacji, jest to wygodne. Koniec końców, z funkcji szybkiej podróży i tak chętnie korzystamy, ale sposób wykonania całości to już rzecz odrębna.
Z jednej strony, gra maluje nam się jako bardzo dopracowany świat, rzekłbym nawet – dopieszczony. Poruszanie się po miastach wymaga zapamiętania układu sklepów, miejsc, ze względu na (na ten moment) brak zaimplementowanej minimapy. Dopiero zadania prowadzą nas po nitce do kłębka – odpalając skaner widzimy wirtualną ścieżkę, którą możemy dojść do questa.
Z drugiej strony bywają miejsca, takie jak wejścia do niektórych budynków, których konstrukcja to brodzenie w wodach immersji. Klikam w jedne drzwi śluzy powietrznej. Czekam aż się otworzą. Wchodzę do środka. Klikam drugie drzwi śluzy powietrznej. Czekam aż pierwsze się za mną zamkną. Na końcu i ląduję na ekranie ładowania.
Reasumując – z jednej strony Starfield daje nam świat realistyczny: tutaj trzeba poczekać, tam można przejść się po własnym statku. Ostatecznie jednak opiera się to na wejściu w menu, otwarciu mapy i przeklikaniu kolejnych układów, planet i miast. Wybieram szybką podróż, która po animacji kończy się czarnym ekranem ładowania z kręcącym czekadełkiem w rogu.
Elementy RPG
Drugim najsłabszym elementem rozgrywki jest strona RPG. Widziałem kłótnie pod tytułem „czy Starfield jest w ogóle RPG?” – otóż według ogólnej definicji – jest. Niemniej, wypada dość przeciętnie lub nawet miernie.
Początek przygody
Sam początek gry – tworzę postać, strukturę twarzy, budowę ciała, wybieram tło historyczne swojego awatara. Kuję postać z krwi i kości, nadaję jej kształt i wykuwam imię, które, mam nadzieję, zasłynie w całej galaktyce. Tym razem jestem łowcą przygód, kosmicznym łotrem. Jeszcze tylko ekran ładowania i…jestem w grze.

„Kiedy dostałem laserem w kolano, nikt nie słyszał mojego krzyku…” – kupiec z Neonu.
Zjeżdżam do kopalni. Myślę, że coś mnie tu w życiu zaprowadziło. Potrzebowałem kasy, w końcu mam na sobie łowców głów. Nadzorca Lin przekonuje mnie, że będzie w porządku i radzi co mam robić. To była dobra robota na chwilę, nie czuję się górnikiem, wzywają mnie gwiazdy, ale teraz… Będę kopał dziurę! Nie ma problemu, nie boję się ciężkiej pracy, chociaż jej nie lubię. Dobra, okazuje się, że jestem tu nie żeby kopać tylko coś znaleźć. Lin mnie wysyła przodem. Tnę laserem skałę wokół by wydobyć jakiś przedmiot. Muszę tego dotknąć, nie mam żadnych narzędzi do noszenia przedmiotów nieznanego pochodzenia! Jak młotem uderza mnie wizja.
Budzę się, nie wiem o co chodzi. Ponoć klient jest z Konstelacji, cokolwiek to znaczy. Wychodzimy na zewnątrz. Klient przylatuje jakimś starym statkiem. Lin nazywa go Barret. Mówi mu, że straciłem przytomność podczas wydobycia artefaktu, ja potwierdzam mu, że miałem wizje. Przylatuja piraci z Karmazynowej Floty i zaczynają strzelać. Zabijamy ich. Barret, koleś, który właśnie pierwszy raz widzi mnie na oczy, mówi, że jestem TEGO częścią i mam lecieć z nim. Lin się nie zgadza bo Barret ściągnął kłopoty na operacje wydobywczą. Gość mówi, że w takim razie on zostanie, a ja polecę. Twierdzi, że nie jestem już zwykłym górnikiem (którym przecież nigdy nie byłem). Lin się zgadza bo czuje, że to coś większego, mówi, że teraz jestem tego częścią. Barret daje mi kluczyki do swojego statku. Mówi mi żebym leciał do stolicy do jakichś ludków bo on wierzy w moją wizję…
A to dopiero początek.
Moja tułaczka
Łażę po tym świecie, ludzie mnie czasem zaczepiają i proszą o pomoc. Jak im odmawiam, bo nie pasuje to do koncepcji mojego wolnego strzelca w stylu Hana Solo to… nic. Dalej czekają aż ich zbawię. To wszystko okraszone dialogami na poziomie fanfiction Zmierzchu, pisanymi chyba przez nastolatków wychowanych na Fox Kids. Bethesda znowu poszła znanym sobie i przetartym szlakiem miałkości, bylejakości, polepienia wszystkiego natychmiast i na szybko. Brakuje tutaj jakiejś dojrzałości, ale przede wszystkim, konsekwencji, które najdalej przejawiały się w obcowaniu z kompanami.
System kompanów
To nic innego jak dobrze wydeptana ścieżka standardowego schematu. Biorę sobie za kompana jednego z dostępnych ludzików i sporadycznie moje wybory mają wpływa na to czy „lubi to”/”nie lubi tego”. Im bardziej lubi, tym więcej otwiera się opcji dialogowych. Brak lubości powoduje niechęć na tyle silną, że kompan opuszcza towarzystwo gracza. Pozytywna zmiana jest taka, że od pierwszego kompana nie słychać sławetnych słów Lydii.

„Muszę mieć je wszystkie” – autor nieznany, ale bawił się biało-czerwonymi piłkami.
Tworzenie statków
Tutaj sprawa jest prosta – jeśli ktoś lubi budować, będzie się dobrze bawił. System tworzenia statków jest całkiem satysfakcjonujący. Podpinanie modułów jest proste, statystyki czytelne, połączenia części łatwe do odczytania. Ogólnie, proceder jest niewymagający i całkiem satysfakcjonujący. Szczególnie, że na końcu cały ten twór może być przez gracza zwiedzony. Każde okno i pomieszczenie jest faktycznie widoczne i funkcjonalne. To jest bardzo miła odmiana. Poważnym minusem jest to, że jest to bardzo czasochłonne i nie wszystkie moduły są dostępne w jednym miejscu. To ostatnie sprawia, że trzeba się nieco nalatać jeśli ma się ochotę pokombinować z różnymi designami statków.
Tworzenie bazy
Starfield oferuje to, co Fallout 4, ale w lepszym wydaniu. Budowanie bazy nie jest tym razem tak upierdliwe, a do tego może pełnić dość poważną funkcję – zapewniać graczowi przypływ materiałów i gotówki. Możem nie tylko rozbudować swoją placówkę tworząc sobie przytulne gniazdko. Mamy możliwość zbudować całą sieć, składającą się z aż 24 miejsc rozsianych po dostępnym uniwersum, połączonych ze sobą specjalnymi budynkami.
Bugi
Bugthesda – takie przezwisko przez lata krążyło wokół twórców The Elder Scrolls. Ilość Memów i żartów związanych z tematem jest niezliczona. Wszyscy podziwialiśmy przedmioty przenikające przez siebie, dziwne zachowania NPC i całą, niezliczoną masę innych rzeczy. Tym razem jednak Bethesda przeszła samą siebie.
Starfield jest jednym z lepszych tytułów biorąc pod uwagę ilość błędów na premierę. Faktycznie niewielka ilość defektów, szczególnie krytycznych, jest (NIESTETY) zaskakująca wśród studiów i tytułów AAA. Osobiście doświadczyłem kilku rzeczy – głównie: robot wystający poza kabinę mojego statku oraz NPC unoszących się do góry. To drugie popsuło mi questa i sprawiło, że musiałem zastrzelić nieszczęśnika by dostać się do budynku. Po kilku strzałach, grawitacja przypomniała sobie o jego istnieniu i ciało spadło na ziemię.

Konkluzja
Fall… Skyr… Znaczy Starfield, to tytuł, który każdy posiadacz Game Pass powinien odpalić chociaż raz. Warto przekonać się na własnej skórze, czy to jest miłość, czy to jest kochanie, czy najgorsza nienawić albo zwykła obojętność. Trzeba jedna pamiętać, że potrzeba przynajmniej kilku godzin, by móc cokolwiek o grze powiedzieć. Jest trochę różnych mechanik, które z czasem ewoluują lub dochodzą. Jest kilka rzeczy do odkrycia. Przede wszystkim trzeba wyczuć rytm kosmosu i formuły jego zwiedzania. Przekonać się czy to niepełne doświadczenie pod kątem immersji jest dla nas wystarczające. Trzeba samemu stwierdzić czy poziom dialogów odpowiada nie tylko dzisiejszym standardom, ale wręcz – czy w ogóle trzyma jakiś poziom?
Patrząc na Starfield jako całość, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że tutaj po prostu zabrakło odwagi na coś bardziej ambitnego i bezkompromisowego. Biorąc pod uwagę perspektywę ostatnich kilkunastu lat rozwoju sceny RPG, Shooterów, Symulatorów itp. czuć braki. Brakuje przede wszystkim immersji i, jak zawsze, RPGowego ducha rodem z Pen and Paper. To przyjemna wydmuszka, która dzięki modom stanie się czymś fascynującym, ale do tego czasu, developer z Rockville, dostarczył nam porządnego średniaka.
Moim zdaniem Starfield nie zasługuje na pieśni dziękczynne i najwyższe oceny. To dziecko Bethesdy tak charakterystyczne, że choćby nie wiem co, nie mogą się go wyprzeć. Kochać czy nienawidzić? Dla mnie, lubującego się w RPG pen&paper, bliżej mi do obojętności.
Plusy
- Duża ilość detali graficznych
- Przyjemna i trzymająca poziom grafika
- Klimat sprawiający wrażenie retro-futury
- Spora ilość rzeczy do robienia poza wątkiem głównym
Minusy
- Infantylne elementy RPG
- Mierna immersja
- Słabe AI
- Przestarzały silnik gry
- Dużo ekranów ładowania

1 thought on “Starfield – Recenzja – PC / Xbox Series X”