Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Czasami bywa tak, że do ręki trafia się pozycja do czytania tak trochę z zaskoczenia. Ni stąd, ni z owąd. I tak z zaskoczenia wpadł mi w łapki pierwszy tom Haerlands. To coś, co na pierwszy rzut oka pokazuje fascynację autorów tematyką średniowiecza. Ornamentoryka i stylistyka stosowane na stronach tytułowych wszystkich zbiorów (w sumie trzech) opowiadań sugerują, że mamy do czynienia z tworem ludzi będących pod wrażeniem Opowieści kantenberyjskich. I pewnie w tym stwierdzeniu jest sporo prawdy, ale Haerlands bardzo szybko pokazuje, że ma w sobie o wiele więcej niźli ukazanie efektu fascynacji literaturą wieków średnich.

Średniowieczne Black Mirror
Jeśli ktoś jeszcze nie zna brytyjskiego serialu Black Mirror, to koniecznie niech nadrobi zaległości. Albowiem absolutnie to dzieło warte jest obejrzenia, a nawet słabsze sezony są warte uwagi. A jeśli ktoś nie kojarzy, niech wie, że każdy odcinek to osobna historia wieńczona gorzką puentą lub twistem. Hearelands podążają tą sama ścieżką. Umiejscowienie akcji w fikcyjnym średniowieczu niejako odbiera przekaz związany z współczesnością serwowany przez Black Mirror. Ale dla współczesnych w średniowieczu opowieści te mogłyby stanowić porządne katharsis.
Trzy opowieści, trzy różne historie i trzy różne zestawy bohaterów. Trzy różne puenty i twisty. Trzy różne perspektywy i trzy różne rozwiązania. Czy będą to rycerze, pragnący zmierzyć się z najstraszliwszym przeciwnikiem na świecie, czy będzie to zagubiony w mieście chłopak poznający nieznajomą, czy pasażer na gapę na statku uwięzionym w lodzie. W każdym przypadku autorzy potrafią zaskoczyć, choć sięgają po znane konstrukcje. Jedna z opowieści (nie zdradzam, staram się najmocniej jak mogę, by nie zepsuć lektury spoilerami) jest bowiem kalką mitu o jabłku niezgody rzuconym przez boginię Eris. Inna zaś pokazuje, jak łatwo jest bohaterem , a zarazem czytelnikiem manipulować i wystarczy naprawdę niewiele, by dać się wpuścić w manowce. Za innym razem zaś można zadumać się nad tym, jak stereotypowe role mogą być fasadą, za którą kryje się prawdziwe dobro lub paskudne zło.

Haerlands – proszę o więcej
Przyznaję, że uległem czarowi Haerlands, ponieważ popłynąłem z prądem opowieści, oczekując po pierwszych stronach czegoś pretensjonalnego i raczej prostego. Wszystkie trzy historie wzięły mnie z przyjemnego zaskoczenia i zostawiły trochę poruszonego. Magia dobrej opowieści widać wciąż działa. Nawet bazując na starych mitach można bowiem osiągnąć niesamowite efekty. Po przewróceniu ostatniej strony bowiem zostałem z poczuciem zdrowego niedosytu. Choć może to za mało powiedziane. Chciałem jeszcze. Chciałem kolejnych historii. Trzy opowiastki połknąłem na jedno posiedzenie i z radością stwierdziłem, że Tom 1 stojący przy tytule sugeruje to, że będzie Tom 2, a może i kolejne.
Haerlands to naprawdę dobra pozycja i najlepiej będzie działać, jeśli podejdziemy do niej z brakiem jakichkolwiek oczekiwań. Nie szukajmy wskazówek, elementów naprowadzających na finał, bo raz – nie znajdziemy ich bez uprzedniego przeczytania historyjki, a dwa – nie zabierajmy sobie przyjemności. To taka pozycja, której warto dać się powieść za rękę. Wtedy trafiamy do czytelniczego nieba. To takie miłe zaskoczenie, które, jak wspominałem, pojawia się znikąd i pokazuje, jak ważne jest, by wychodzić poza swoje strefy komfortu i sięgać po rzeczy, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się z parafii innej, niż ta, do której zwykle chadzamy. Inaczej można ominąć naprawdę cudowne perełki.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Kultura Gniewu.

