Medal of Honor

Medal of Honor – retro wspominki

Dziś gier poruszających tematykę II wojny światowej mamy od groma. Tym nie mniej przed Wami kilka słów o początkach trochę już podupadłej serii jaką jest Medal of Honor, która naście lat temu dała podwaliny dla wszelkiej maści gier w tej tematyce.

Na początku był… Spielberg

Większość ma na myśli Medal of Honor: Allied Assault. I tutaj małe zaskoczenie, albowiem to nie pierwsza gra tej słynnej serii. Ale od początku.
Koniec lat 90’tych przyniósł pewną ciekawą zmianę, na konsole coraz śmielej zaczęły pojawiać się gry osadzone w pierwszej osobie nastawione na sprzedaż po promocji dużej ilości ołowiu czyli FPS’y, które niezmiennie rządziły na komputerach PC.
I mniej więcej w tym okresie słynny reżyser Steven Spielberg, który tworzył akurat „Szeregowca Rayana” wpadł na pomysł opracowania gry w podobnym klimacie. Czy sam na to wpadł, czy inspiracją był jego syn grający w „Golden Eye” na Nintendo64? Plotki są różne. Nie myśląc dłużej zebrał ekipę dla powstałego niedawno studia DreamWorks Interactive i sprzedał parę zdań celem stworzenia gry na wyłączność pierwszego Playstation pokazującej walki toczone i osadzone w czasach II wojny światowej. Sam zaś napisał trochę skryptu pod scenariusz gry. Niespełna 2 lata później (a dokładniej w 1999r.) gra była ukończona. I powiem Wam, że to był jeden z najlepszych kroków, jakie Spielberg mógł uczynić.
A czymże jest sama gra?

Medal of Honor

Jimmy Patterson – takiego bohatera nam trzeba!

Wcielamy się w porucznika Jimmy’iego Pattersona, który w latach 1944-45 wykonuje rozkazy i zlecenia agencji wywiadowczej OSS (Biura Służb Strategicznych). Jak na agenta przystało większość misji wykonuje na tyłach wroga. Misji w grze mamy 7, a ich różnorodność nie pozwala się nudzić. Od infiltracji stacji kolejowej w przebraniu niemieckiego oficera, wysadzenia dział p.lot po sabotowanie w bazie U-bootów i rozwalanie rakiet V2. Ciekawym uzupełnieniem gry były czarno-białe wstawki filmowe z tamtego okresu uzupełniające historię.
I to właśnie było coś, czego się wcześniej nie widywało w grach. Skradania, ciche eliminacje, a jak trzeba wycinanie w pień całych oddziałów wroga. Tak świetnego wojennego klimatu nie dało się nie polubić. Z każdą misją czuło się pełną immersję z naszym protagonistą. Może i przeszkadzał troszkę toporny na tamte czasy sposób poruszania się na krzyżaku, jednakże już wtedy w ustawieniach można było zmienić sterowanie stosowane we wszystkich współczesnych grach. Jak ktoś miał pierwszego Dualshocka mógł zmienić na coś co znamy czyli lewą gałką analogową poruszmy się a prawą celujemy. Skubani przewidzieli, co będzie trendem przez następne 20 lat 😉

Medal of Honor

Czym jeszcze Medal of Honor się wyróżniał? Sztuczną inteligencją i nietypową fizyką! I piszę to na serio. Nie pamiętam, by w innych produkcjach tamtego okresu przeciwnicy w taki sposób reagowali na ostrzał czy atak. W zależności, w którą część ciała trafiliśmy „helmuta” inaczej reagował. Trafiony w stopę? Hyc, podskakiwał na drugiej nodze. Dostał w głowę? Hełm mu spadał a on odrzucony do tyłu (ale dalej żywy) upadał na ziemię, by po chwili kontynuować atak. Trafiony w rękę trzymał się za nią. Uniki, odskoki, a nawet poddanie się. Najbardziej charakterystyczne było jednak zaatakowanie przeciwnika granatem. W zależności od sytuacji chował się za osłoną, a gdy sytuacja była groźniejsza potrafił kopnąć w naszą stronę granat! Ba! nawet nie raz go chwycił i odrzucił! Od czasu do czasu można zobaczyć, jak żołnierz rzuca się na granat, aby uratować swojego towarzysza – ruch, który powrócił w sequelach i stał się czymś w rodzaju podpisu dla serii Medal of Honor. No realizm pełną gębą! W ogóle sposób poruszania się, reakcji na sytuację był bardzo nowatorski na tamte czasy, ale przyjął się znakomicie.
Uzupełnieniem rozgrywki był wbudowany multiplayer tzw. spit-screen, na którym mogliśmy prowadzić walkę 1vs1 z kumplem.

Orkiestrowy majstersztyk!

Nic nie mogło jeszcze bardziej podkręcić klimatu jak niesamowita ścieżka dźwiękowa. To właśnie przy tej grze powstał słynny motyw, który był wielokrotnie wykorzystany i miksowany w kolejnych produkcjach z serii Medal of Honor. A za jego powstaniem stał nie kto inny jak Michael Giacchino. Jeśli ktoś nie kojarzy tego kompozytora to przypomnę Wam tylko kilka produkcji, z którymi pewnie mieliście styczność: Star Trek, Iniemamocni, Łotr 1, Mission Impossible. Ten amerykański kompozytor stoi także nie tylko za ścieżką dźwiękową do serii Medal of Honor, lecz także pierwszymi częściami Call of Duty. Ładny dorobek.
Wracając do ścieżki dźwiękowej i samego udźwiękowienia. Partie smyczkowe, instrumenty dęte… ogólnie cała ta muzyka orkiestrowa nadawała ton całej grze. Jest spójna jako całość, a co najważniejsze – świetnie buduje dynamikę. Gdy trzeba było się skradać i po cichu eliminować wroga to muzyka idealnie wpasowywała się w odgrywany moment (np. Locating Enemy Positions), a po wykryciu tempo niesamowicie wzrastało i aż chciało się strzelać! Wiecie co? Po tych 22 latach ta ścieżka dźwiękowa dalej trzyma poziom. Coś niesamowitego! Kto nie wierzy, niechaj odsłucha, poniżej playlista na Spotify:

Wspomnień gry (i wojska) czar 😉

Medal of Honor

Z grą Medal of Honor mam bardzo miłe wspomnienia. Gdy ją ogrywałem pierwszy raz w 2000 roku, w tym czasie spędzałem „urocze” półroczne szkolenie na Szkole Podoficerskiej Marynarki Wojennej w Lędowie. I po godzinach pracy, z bosmanmatem przy delikatnej „herbatce” spędzaliśmy czas grając na plejaku. Bardzo nam się spodobał rkm, z którego czasami dało się postrzelać. Z racji bardzo realistycznego dźwięku, jaki wydawał chcieliśmy sprawdzić jak „otoczenie zareaguje” (czyt. niedaleka strażnica z wartą). Okno na oścież otwarte, telewizor na full i zaczęliśmy ostrzał „nieprzyjaciela”. Było śmiechowo, dopóki Żandarmeria nie podjechała pod kompanię sprawdzić co się dzieje. Trochę się musieliśmy spowiadać 😛
Grunt, że są wspomnienia 🙂

Medal of Honor zasługuje na pamięć jako niezwykle ważny moment – nie tylko dla PlayStation, które udowodniło, że może pomieścić strzelanki pierwszoosobowe, tak jak na PC, ale także dla gier, które przedstawiają wojnę innym pokoleniom: bawiąc uczą historii.
Dziś gra może i kłuje po oczach swoją grafiką. Za to nic nie straciła ze swojego klimatu. Po tylu latach człowiek bierze pada i ciśnie jak te „naście” lat temu z uśmiechem na ustach eliminując nazistów. Bo dobry nazista to martwy nazista.

A Wy macie jakieś wspomnienia z tą grą? Graliście? Pochwalcie się w komentarzach.

Jimmy Patterson

Po więcej wspominek z pierwszego Playstation zapraszam to innego wpisu na blogu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.