Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Francuskie studio Dontnod, po dość średnim debiucie, jakim był Remember Me, zwojowało listy przebojów przygodówką w odcinkach. Life is Strange, bo o tej grze mowa, opowiadał o Maxine Caulfield: Licealistce, która w dramatycznych okolicznościach odkryła w sobie moc cofania czasu. Mechanika ta, oraz klimat rodem z filmów Lyncha okazały się kluczem do sukcesu. Pierwsza część wciąż jest warta ogrania, do czego gorąco zachęcam każdego, kto jeszcze nie miał okazji spróbować.
Po sukcesie pierwszej części pojawiły się dwie kolejne odsłony Life is Strange. Te niestety już nie powtórzyły sukcesu oryginału. Osobiście nie urzekły mnie historie w kolejnych częściach. Może kwestia nowości? Może bohaterowie? Myślę, że wszystkiego po trochu. Ani Dontnod, ani Deck Nine, które przejęło franczyzę nie udźwignęli ciężaru. Może stąd pomysł na powrót starych znajomych?

Witaj stara przyjaciółko!
W Life is Strange: Double Exposure główną bohaterką znów jest Maxine Caulfield. Nieco starsza. Już nie uczennica w liceum, tylko wykładowca uniwersytecki. Już nie włada mocą cofania czasu, ale wciąż robi piękne zdjęcia analogiem. Spotykamy ją gdy wraz z przyjaciółką udały się na urbex do starej kręgielni. Tutaj uczymy się też podstaw sterowania, jeśli pamiętacie oryginał, to uśmiechniecie się na widok zawartego w prologu easter egga.
Przeskok w czasie i wraz z Max, Safi oraz Mousesem trafiamy na dach uniwersyteckiego obserwatorium w mroźną noc, obserwując deszcze meteorytów. I całą tą sielankę przerywa okrutny ból głowy Max. A po przejściu migreny okazuje się, że Safi zostaje znaleziona zastrzelona na ławce opodal obserwatorium.

Life is Strange: Dwa światy
Zrozpaczona Maxine przeżywa żałobę wraz z matką przyjaciółki i resztą przyjaciół. Krzątając się po kampusie, wspominając Safi, w geście rozpaczy odkrywa, że może przedrzeć się do innej rzeczywistości, w której dziewczyna nie umarła i ma się bardzo dobrze! A i inne wydarzenia potoczyły się zupełnie inaczej, a jedynym łącznikiem między dwoma równoległymi światami jest właśnie Maxine!
I tak lawirując między dwoma światami będziemy próbować rozwikłać tajemniczą śmierć przyjaciółki, a także rozwiązać kilka innych spraw, zarówno w świecie żywym i umarłym. By pchnąć wydarzenia niezbędne będzie przełączanie się pomiędzy nimi. W jednym z wymiarów nie będziemy w stanie się dostać do jakiegoś pokoju, za to w drugim będzie stał nam otworem. Podobnież postać z jednego świata nie będzie tak rozgadana i chętna do dzielenia się tajemnicami, jak w równoległej rzeczywistości.

(nie do końca) trudne wybory
Rozgrywka w Life is Strange: Double Exposure wygląda podobnie jak w poprzednich częściach. Biegamy po zamkniętych lokacjach i przede wszystkim rozmawiamy z ludźmi. Niektóre opcje dialogowe pozostaną nam zapamiętane i wytknięte w późniejszych momentach. Choć nie odczułem jakoś bardzo boleśnie tego, że wybrałem ścieżkę A niż B. Być może przy drugim podejściu do Double Exposure trafi to mnie nieco bardziej, ale w oryginale już przy pierwszym podejściu wybory potrafiły zrobić potężny mindfuck.
Nie mogę powiedzieć. Zarówno mechanika jak i fabuła przez większość czasu gry bardzo mocno dawała radę. No: Oczywiście gdy przymkniemy oko na tak prozaiczne rzeczy, że Max podejrzanie często i na długo wchodzi do łazienki, albo znika za plakatem, żeby się przełączyć między wymiarami. Intryga jest wciągająca, obfitująca w kilka bardzo niespodziewanych zwrotów akcji.

Żarło, żarło i…
I wszystko to pięknie się ciągnie, aż przychodzi czas na grande finale… Który niestety bardzo mocno nie dojeżdża do jakości wydarzeń, które go poprzedzają. I nie chodzi tu nawet o jakieś absurdy czy dziury logiczne, bo te występują w różnej ilości i ciężkości przez całą rozgrywkę, ale nie są szczególnie rażące. Końcówka niestety wygląda jakby gonił deadline i zrobiono ją na szybcika, byle spiąć koniec z końcem. Niestety końcówka gry bardzo rozczarowuje. Niemniej jednak warto ją poznać, bo wydarzenia, które doń prowadzą potrafią zaintrygować i wciągnąć.
Jak to wygląda, a jak to brzmi!
Life is Strange: Double Exposure graficznie nie odstaje od średniej. Świat oraz postacie przedstawione realistycznie. Choć semestr chyli się ku końcowi, to ilość ludzi na kampusie nie poraża. Główne postacie plus kilku statystów. Technicznie jednak nic oprawie ani gameplayowi nic wytknąć nie mogę.
Dodatkowo zastosowano bardzo ciekawy zabieg stylistyczny. Świat, w którym Safi nie żyje jest szary i pozbawiony barw, ten drugi z kolei razi jasnością i kadrami wprost ze złotej godziny.
Muzycznie klasa: Ścieżka dźwiękowa jak zawsze trzyma poziom, utwory dobrano bardzo dobrze, a momenty gdy Max siada na ławce by kontemplować wydarzenia są również i dla nas chwilą oddechu.
Czy Life is Strange: Double Exposure to dobry tytuł, czy skok na kasę, żerując na zapamiętanej z udanego początku serii Max Caulfield? Wszystkiego po trochu. Sam zainteresowałem się ostatnią częścią gry właśnie z powodu powrotu protagonistki. Większość gry jest naprawdę udana, jedynie ta nieszczęsna końcówka psuje odbiór całości i pozostawia niedosyt.
Jeśli jednak lubicie teen dramy i macie zacięcie detektywistyczne, polubicie także Life is Strange: Double Exposure. Gdzie napięcie nieustannie rośnie, jednak finalnie zabrakło pary i balonik ten upuścił powietrze zbyt wcześnie, miast spektakularnie pęknąć. Niemniej sięgnąć wciąż warto.

Plusy
- Oś fabularna
- Kilka niezłych cliffhangerów
- Ciekawa mechanika przełączania wymiarów
- Muzyka
Minusy
- Kilka dziur logicznych
- Zaprzepaszczony potencjał zakończenia
