Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Łódź ku… Inicjacja zwróciła moją uwagę bo nasi tu są! – Autor Marcin Pryt jest Łodzianinem. Estetyka okładki nie zachęca za mocno ale w podobnej formie jest zawartość więc wiemy na co się piszemy. Większość komiksu jest czarno biała choć tak naprawdę to czarno czarna… Po pierwszych stronach miałem wrażenie, że historia jest umiejscowiona na Śląsku, a sam komiks powstał w kopalni. Do tego czarne tło stron i zapach świeżego druku dawały efekt dość duszący i przytłaczający. Mogło to być świetnym elementem komiksu gdyby sama historia była lepiej dostosowana do tej estetyki. Przyjmijmy jednak, że tak jest, w końcu pierwsza historia – tytułowa Inicjacja nie jest lekką opowieścią. Przynajmniej na tyle na ile potrafię to ocenić. Plusem komiksu jest to, że nie przytłacza samym tekstem… bo praktycznie go tam nie ma. Taka forma może być również ciekawa ale w moim odczuciu nie udało się to najlepiej.

Ciemność widzę, ciemność
Tak jak wspomniałem, jest to komiks niemy. I w porządku, byłoby to ciekawe rozwiązanie gdyby rysunki były jakkolwiek czytelne. Śledzimy losy pewnego mężczyzny, który zdaje się mieć dość życia codziennego lub otoczenia. Kładzie się spać, a następnego dnia (lub we śnie) wyrusza w podróż. Ląduje w amerykańskim mieście, gdzie zostaje zadźgany nożem przy próbie kradzieży. Następnie trafia do szpitala po czym… Mimo szczerych chęci odszyfrowania tajemnic skrywanych przez styl graficzny autora – poległem. Nie wiem co się dalej mogło dziać: może ukazał przytłaczające miasto, może sam szpital a może trafił do więzienia. Dopiero pod koniec ponownie wiadomo, co dzieje się na kadrach.
W historii Stop mamy jaśniejszą estetykę, ale sama historia jest bardziej niepokojąca. Główny bohater jest, lub śni, że jest polskim Kubą Rozpruwaczem. W swoim śnie ma zamiłowanie do ucinania głów. Nie ogranicza się jedynie do prostytutek ani kobiet.

Underground undergroundu
W wydaniu znajdziemy miniatury Marcina Hermaszewskiego (alias autora) i przygody supersama. Miniatury trzymają poziom reszty: są wulgarne i nieciekawe. Tego typu rysunków można by się spodziewać na tyłach brudnopisu nastolatka, którego uderzyły hormony dojrzewania. Może tak właśnie było, bo oryginalnie pod pseudonimem wydawał w 1990 roku, kiedy miał niespełna 19 lat. Mam wrażenie, że motywem przewodnim, poza niezbyt zdrowym podejściem do seksualności, jest niechęć bohaterów tych historii, do życia w obecnej jego formie.
Ostatnią opowieścią jest Estonia. Zdaje się być – zamierzonym lub nie – metakomentarzem tego komiksu. Na kilku obrazach widzimy wydarzenie i jego dalsze konsekwencje w świecie. Zatonął statek rejsowy. Media podchwytują temat. Zdarzenie wypełnia codzienne rozmowy. Ostatecznie staje się on małą wzmianką w gazecie, wyrzuconej do kosza. Tak osobiście odebrałem tą książkę. Nie wiem dla kogo ona powstała, może jest to “sztuka przez duże sz”, ale nie zaryzykuję stwierdzenia, że musicie się o tym sami przekonać… Nie jest to najgorsza rzecz jaką miałem w rękach – to miejsce na podium zajmuje wciąż pewna „parodia” Star Wars’ów. W mojej opinii czas i pieniądze wydane na to dzieło, nie będą dobrze spożytkowane choć może nie byłem odbiorcą docelowym.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Nagle!
