Sięgnąłem po ten tytuł całkowicie bez namysłu — to był dla mnie klasyczny no-brainer, zwłaszcza dość świeżo po seansie filmu. Na kinowym ekranie bawiłem się dosłownie jak dziecko i sam byłem zaskoczony, jak ogromne pokłady nostalgii do He-Mana we mnie drzemią. Z tego względu uprzedzam: ta recenzja może być momentami mało krytyczna, a wręcz jawnie stronnicza, bo trudno o chłodny dystans, gdy do głosu dochodzi dziecięcy sentyment.

Nie jesteśmy już w Kansas
Przyznam szczerze, że pod względem rysunkowym ten komiks nie do końca mnie urzekł. Jeśli chodzi o budowę i ogólny styl postaci, mamy tu do czynienia z estetyką niemal żywcem wyjętą z klasycznej kreskówki. Oczywiście sama technika rysunku nie jest archaiczna, ale twórcy wiernie trzymają się motywów z tamtych lat – widać to chociażby w sylwetce księcia Adama i tym, jak wypada w zestawieniu z samym He-Manem. Dużo bardziej przekonywało mnie rozwiązanie znane z późniejszej wersji animowanej, w której książę Adam był autentycznym chuderlakiem, a dopiero po uniesieniu Miecza Mocy przeistaczał się w potężnego herosa. Tutaj z kolei pielęgnowane jest w stu procentach klasyczne podejście z pierwowzoru: Adam kamufluje się w sposób, którego nie powstydziłby się sam Superman – z tą różnicą, że Clark Kent zakładał przynajmniej okulary. Z drugiej strony, bardzo przypadły mi do gustu projekty postaci drugoplanowych. Twórcy świetnie oddali specyficzny klimat tego świata – momentami ma się wrażenie, jakbyśmy obserwowali zabawę fizycznymi zabawkami na dywanie. W sumie trudno o lepszy hołd, skoro całe to uniwersum narodziło się właśnie po to, by promować serię kultowych figurek Mattela.
Rysunkowo i nostalgicznie sytuacja jest jasna, ale jak wypada fabuła? Zanim do niej przejdziemy, pora na największy WTF tego komiksu. Nie wiem, czy coś mnie ominęło, czy to jakiś specyficzny wpływ obecnej administracji USA, ale na jednym z kadrów widzimy portret króla, flagę Eternii i… flagę Stanów Zjednoczonych. Bez przesady – zaraz z „Gray Skull” zrobią American Skull, a kultowe „Na potęgę Posępnego Czerepu!” zastąpi wymowne „’Murica!”. Takie mrugnięcia okiem bywają przekozackie, kiedy mają sens — jak choćby barwy Legii w „Turbolechitach” od KRL — ale tutaj zupełnie nie rozumiem intencji twórców.

Będzie, będzie się działo
Okazuje się jednak, że scenariusz zarysowuje znacznie szerszy lore. Trudno ocenić, ile w tym klasyki, a ile nowych pomysłów, ale pojawia się przestrzeń na polityczne niesnaski i dworskie intrygi. Czy pasuje to do He-Mana? Moim zdaniem niespecjalnie, na szczęście komiks nie grzęźnie w tym wątku zbyt głęboko. Zamiast tego szybko wchodzi w motyw budzącej się mrocznej siły, prabogów i tytułowego Miecza Skaz. Nie jest to po prostu tania przeciwwaga, by Szkieletor miał większe szanse w starciu z naszym „On-Człowiekiem”. Wygląda to na zalążek naprawdę wciągającej historii — a przynajmniej tak to odbieram przez pryzmat zawodu, że tom pierwszy skończył się tak szybko.
Dostajemy wgląd w wydarzenia z przeszłości oraz mitologię Miecza Mocy, opartą na wiecznym ścieraniu się magii z zaawansowaną technologią. To bez wątpienia najciekawszy element opowieści. W tę podróż w czasie ruszają Czarodziejka oraz Orko — ten charakterystyczny, latający mag-skrzat. Choć komiksowy kadr tego wprost nie narzuca, moja wyobraźnia od razu podstawiła pod sylwetkę Czarodziejki Morenę Baccarin, znaną z roli dziewczyny Deadpoola. Detal bez większego znaczenia, ale trudno się przy tym nie uśmiechnąć.
Ostatecznie dałem się w tę historię wciągnąć. Nawet pomimo oprawy graficznej, która momentami mocno zgrzytała, w ogólnym rozrachunku bawiłem się na tyle dobrze, że nie mam powodów do wielkiego narzekania. Niech moc Posępnego Czerepu będzie z Wami!

Mały offtop
Tłumaczenie pozostawiło nasze rodzime wersje – dużo lepsze zresztą. Gdyby popłynąć z tłumaczeniem w drugą strone, to z He-man (zamiast „on-człowiek”) można by zrobić „JegoMość”. Jednak „Mocy przybywaj” i „Posępny Czerep” brzmią dużo lepiej niż lamerskie Castle Grayskull i I have the power. To właśnie o tym ostatnim chciałem wtrącić małą dygresję. Syn zaczytuje się we FRNCK (godna polecenia seria młodzieżowa). W jednym z komiksów jest scena, gdzie bohater dosięga scyzoryka – dobywa go, jak He-Man swego miecza, a w dymku możemy przeczytać podniosłe… MAM TĘ MOC! Nie wiem jak Wy, ale mnie to odrobinę zepsuło odbiór i nadaje się to na parodię mięśniaka z Eternii, gdzie podczas przemiany będzie leciała piosenka z Frozen (pdk).
Tymczasem żegna Was tektura He-Mana ze stoiska Nagle z MFKiG2026 – mnie na zdjęciu nie ma, bo nie chciałem przyćmić bohatera.
Za egzeplmarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu NAGLE!.
