Jaka jest cena szczęścia? W „Szczęściarzu”, wydanym właśnie przez Timof Comics, scenarzysta Wojciech Chamier-Gliszczyński i ilustrator Wojciech Stefaniec próbują udzielić na to pytanie odpowiedzi, a że odpowiedź nie jest ani łatwa, ani przyjemna… Cóż, widocznie być nie może.
Szczęściarz?
Tytułowym bohaterem komiksu jest Fortune Gluckmann. Już jego imię i nazwisko wydaje się ironicznie przesadne, a gdy dołożyć do tego wydarzenia z jego życia, sprawa staje się jeszcze dziwniejsza. Gluckmann jest byłym żołnierzem i fotoreporterem wojennym. Jego praca przynosi mu uznanie i liczne nagrody, a on sam postrzegany jest przez opinię publiczną jako człowiek obdarzony niebywałym szczęściem. Zupełnie wbrew logice Gluckmann cudem umknął śmierci, kiedy jego konwój został zaatakowany w Afganistanie. Kolejne zrządzenie losu, czy może ręka opatrzności, czy jakkolwiek chcielibyśmy na to patrzeć, pomogła mu spóźnić się na miejsce innej wielkiej tragedii, która pochłonęła setki istnień. Możemy oczywiście trochę pomarudzić na flirtowanie z granicami wiarygodności, na nagromadzenie absurdalnych splotów zdarzeń. Ale to własnie dzięki temu, że szczęście głównego bohatera jest tak problematyczne, wywołuje silniejsze emocje i skłania do refleksji.

Kim jesteś, Szczęściarzu?
Autorzy polemizują ze Szczęściarzem, poddają w wątpliwość szczerość uśmiechu Fortuny, a także wskazują cenę, którą Gluckmann musi za swoje szczęście zapłacić. Możemy zastanowić się, czy człowiek, który na co dzień uwiecznia prawdę w obiektywie swojego reporterskiego aparatu, sam w sobie jest prawdziwy. Czy kiedy zgasną lampy błyskowe, a wywiady i gale rozdania nagród dobiegną końca, wciąż mamy przed sobą tego samego człowieka sukcesu, czule otulonego niewyobrażalnym wręcz szczęściem? Każde wymknięcie się śmierci to, paradoksalnie, kolejny cios, po którym syndrom ocalałego coraz śmielej i dotkliwiej daje o sobie znać. Gluckmann pogrąża się w gęstniejącej frustracji napędzanej kolejnymi traumami i stresem pourazowym, z każdym następnym cudownym ocaleniem osuwa się głębiej w mrok. A tego mroku nie są w stanie rozproszyć ani słowa uznania, ani nagrody, ani nawet miłość. Fortune staje się niemal niezdolny do normalnego funkcjonowania.

Szczęśliwe kadry
Sporą zaletą komiksu jest, moim zdaniem, ograniczenie tekstu na rzecz sugestywnych i pełnych emocji ilustracji. Dialogów czy monologów wewnętrznych bohatera jest stosunkowo niewiele, nie dominują, nie przytłaczają. Jednocześnie ilustracje Wojciecha Stefańca są niezwykle wyraziste, często naturalistyczne. Pojawiają się kadry, które wręcz drażnią swoim pozornym niedopracowaniem, nieokiełznaną dzikością kolorów, ale idealnie ukazują chaos życia bohatera. Język obrazu jest w „Szczęściarzu” nie mniej ważny od słów. Cieżar prowadzenia narracji spada często na ilustratora i niejednokrotnie to właśnie te nieme kardry, w których doskonale oddano mimikę postaci, albo atmosferę miejsca robią największe wrażenie. Nastrój całej opowieści podkreśla też układ kadrów. Czasem przez kilka stron dostajemy układy regularnych ujeć, po dziewięć na stronie, pozwalających na zwiększenie dynamiki, na szybkie cięcia, przeskoki między scenami. A za moment czeka nas monumentalna całostronicowa ilustracja, która każe nam się zatrzymać, wsłuchać, zadumać.
„Szczęściarz” to jeden z tych komiksów, które na długo zostają w głowie, dzięki dobrze skomponowanej narracji i znakomitej warstwie wizualnej. Nie jest łatwą lekturą, ale to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli złożonych i dojrzałych opowieści, którzy szukają w powieściach graficznych czegoś więcej niż rozrywki. I choć po wszystkim zostaje gorzki posmak, wart jest każdej minuty, którą mu poświęcicie.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Timof i cisi wspólnicy
