Trend ponownego wydawania klasyków ma się w najlepsze i bardzo dobrze. To zawsze świetna wiadomość, gdy młodsze pokolenia mają okazje schwycić w garść komiksy, które cieszyły ich rodziców, jednocześnie wprowadzając autorów tychże do panteonu komiksowych artystów. „Fortuna Amelii” Jerzego Wróblewskiego to kolejna taka propozycja od Kultury Gniewu, której portfolio powiększa się o kolejny, tym razem „milicyjny” zeszyt.
Fortuna Amelii odnaleziona po latach
„Fortuna Amelii” to opowieść o nieukończonym śledztwie sprzed lat, którym zaczyna interesować się kapitan Żbik, porucznik Borewicz, to znaczy porucznik Chyżowski. Zbrodnia w nielegalnym kasynie, po której pozostało kilka trupów zalega w szafie z napisem „nierozwiązane” i ambitny milicjant postanawia zająć się nią w czasie pomiędzy innymi sprawami. Sprawca na miejscu zbrodni pozostawił wyłącznie jeden ślad w postaci róży i to podążając za kwiatem milicjant wchodzi w środowisko botaników i hodowców kwiatów. By dogrzebać się do rozwiązania nie waha się nieco łamać przepisów czy działać niestandardowo. Jakkolwiek sposób działania Chyżowskiego może budzić zdziwienie, to jest piekielnie skuteczny i ten bezwzględnie podąża za wskazówkami, nie pozostawiając żadnego pytania bez odpowiedzi. Jak się można domyślić, „Fortuna Amelii” to ostatecznie klasyczna opowieść z morałem brzmiącym „drżyjcie przestępcy, najlepsi ludzie z Milicji Obywatelskiej nie dadzą wam spać spokojnie i dopadną was nawet po trzynastu latach”.

Opowieści z tamtych czasów musiały mieć jakiś przekaz i morał, być społecznie pożyteczne itp., ale w socrealnym świecie wydawnictwa również upadały, zamykały tytuły i często już stworzone historie lądowały w szufladach, albo mierzyły się z innymi przeciwnościami. Najciekawsze w przypadku reedycji tak starych pozycji są właśnie zagadnienia historyczno – techniczne. „Fortuna Amelii” została opatrzona sycącym komentarzem Macieja Jasińskiego, z którego można dowiedzieć się co nieco o wydawniczym piekiełku, jakie przechodziła planowana dla zamkniętego „Relaksu” opowieść, zaginionych stronach i radosnych zmianach przez ówczesnych edytorów uderzających w sam ciąg przyczynowo – skutkowy opowieści. Komentarz nie pomija również informacji o współczesnym wydaniu i zmianach naniesionych przez wydawnictwo, które naprawiają dawną edytorską twórczość i wprowadzają opowieść o zbrodni sprzed lat w bardziej stabilne tory.
Nie sposób nie zauważyć też fajnego manewru, który wprawia nostalgiczne struny w dość wysokie drgania. Wydruk „Fortuny Amelii” na zażółconym papierze robi klimat. Zeszyt sprawia wrażenie, że faktycznie przeleżał swoje w jakimś pawlaczu i dopiero teraz ojciec odgrzebał pudło ze swoimi starymi lekturami. Jest to przyjemny zabieg, który nadaje jakiegoś dodatkowego smaczku i podkreśla wrażenie obcowania z klasykiem.
Podziwiać talent mistrza
Ktoś kiedyś powiedział, że Jerzy Wróblewski, gdyby urodził się po innej stronie Atlantyku, zrobiłby światową karierę i zdobył należne uznanie i miała ta osoba rację. Mistrz Wróblewski charakteryzował się niespotykaną różnorodnością kreski i zabierał się za tematy z różnych obszarów. Sięgał po westerny, kryminały, sport, opowieści dla dzieci, legendy, satyrę, fantastykę i pewnie jeszcze kilka innych rzeczy których nie sposób spamiętać. „Fortuna Amelii” wchodzi gatunkowo w milicyjne historie o dzielnych i nieustępliwych stróżach prawa, w których to opowieściach czuł się chyba najlepiej. Miłośnicy talentu mistrza oraz pasjonaci komiksów z PRL nie będą zawiedzeni, ale oni na pewno znają już tę historię. Nowe, przeedytowane wydanie daje jednak okazję spojrzeć na tę historię z poprawionej perspektywy, a nowym czytelnikom liznąć historii i dotknąć klasyki polskiego komiksu. Popodziwiać te nastrojowe ujęcia ale i pełne dynamiki kadry ucieczek, pościgów, czy popisów na szosie różnego rodzaju maszynami. To wszystko tak charakterystyczne dla mistrza komiksu z Inowrocławia.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Kultura Gniewu.

