Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Donżon to wieża obronna w średniowiecznym zamku. Tytułowo zdaje się ogólnie wskazywać na to, że nie mamy historii o jednym bohaterze czy wydarzeniu, a raczej o całym świecie. Prawdę mówiąc, sięgając po ten utwór, bardziej podobała mi się moja wersja, że to gra słów lub właśnie spolszczone imię a’la Don Juan.
Oczywiście jest to już tom 8 wydania zbiorczego i zdaje się, że poszczególne komiksy są nowymi, dopisanymi historiami. Zatem wchodzimy w sferę “dogrywek”, co nie znaczy, że automatycznie gorszych historii.

Donżon & Dragons
Pomocna jest mapa wydań ze świata Donżonu, aby odrobinę się w nim połapać. Była to w pewnym stopniu przydatna informacja, ale nie kluczowa. Część historii posiada podtytuły wskazujące na poziomy Donżonu, np. Donżon Zmierzch 113 Następczyni tronu (Donżon poziom od -79 do 9). Rzecz w tym, że nie ma to właściwie żadnego znaczenia. Może pomagać umiejscowić wydarzenia względem głównej linii czasu, jednak przy wydaniu zbiorczym niczego nie zmienia. Byłoby dobrym pomysłem, gdyby oznaczało poziom postaci, ale przez różne epoki zmieniają się oczywiście bohaterowie.
Donżon w tomie 8 częstuje nas trzema opowieściami z serii Monstra, przeplatanymi dwoma z serii Zmierzch. Pierwsze i ostatnie w tym tomie Monstra nie przypadły mi do gustu – zarówno kreską, jak i historią. Za to środek jest okej. Czemu tylko okej? To ciut niesprawiedliwe, bo bawiłem się przy lekturze całkiem dobrze. Rzecz w tym, że okładkowy opis obiecywał więcej: „Donżon to sążnisty esej o heroicznym fantasy, który analizuje początki gatunku, rzeczywistość i przeszłość”. Z poziomu tylko tego tomu jest to przesadzone hasło. Z pewnością uniwersum jest rozbudowane, a sama konwencja lawiruje pomiędzy satyrą a traktowaniem siebie poważnie.

Niech żyje królowa
Okładkowy czerwony Rayman i samurajska Kicia Kocia to bohaterowie dwóch opowieści Donżon Zmierzch 112 i Zmierzch 113. Wojowniczym królikiem jest Marvin, a jego kompanką jest Zakutu, czyli kocio-ptaszyna o solidnej budowie. Zakutu nie można odmówić seksapilu – podobnie jak naszej lekkoatletce Marii Andrejczyk. Kotka raptem na przestrzeni jednego zeszytu “spiknęła się” z dwoma postaciami. Niestety Marvin zdaje się pozostawać we friend-zonie. Poza tym znajdziemy parę żartów dla starszych czytelników, ale raczej niewiele 18+. No, może nie licząc wiedźmy… dość graficznie przedstawiona starość. Jej płaszcz ze skór dziewic też nie był „PG-friendly”.
Marvin, z pomocą Zakutu, walczy z hordami postaci kontrolowanych przez tajemnicze zło z podziemi. Pradawne zło poszukuje oryginalnego Marvina smoka, a Marvinowi Czerwonemu obrywa się przez zbieżność imion. Dawało mi to skojarzenia z serią Samurai Jack, jednak tu mamy więcej dialogów.
W kolejnej historii Zakutu jest zmuszona objąć rządy w rodzinnym królestwie Vaucanson. Daje to znany motyw jak w serialu Banshee (gdzie szeryfem zostaje przestępca) albo w rodzimym filmie Boże Ciało (gdzie księdzem zostaje chłopak z poprawczaka). Zakutu nie przejmuje się konwenansami i łamie status quo, bo skupia się na tym, co ma zrobić.
A to, co musi zrobić, to naprawić sytuację po złych rządach swego brata – Papuskala. Na przestrzeni historii w Zmierzchu 113 Zakutu próbuje zawiązać niewygodne sojusze, robi podchody, przekręty (wszystko w słusznym celu) i dysponuje zbroją godną Dr. Dooma.

Superkwęk kontratakuje
Papuskal de Vaucanson wyglądem przypomina superbohaterską wersję Kaczora Donalda. Papuskal stara się podszkolić z magii, jednak potrzeba mu pomocy wiedźmy – Pani Chudej. Nie jestem specem od francuskiego (pomimo dwusemestrowej próby), ale w oryginale jest to „Babcia Chuda”. Nie zwróciłbym na to większej uwagi, ale „Pani Chuda” brzmiało jakoś dziwnie. Stylizacja wiedźmy jest świetna – blada, wychudzona, pokrzywiona, z miną jednocześnie szaloną i przerażającą. Wiedźma, niczym Pan Miyagi, uczy Papuskala tajemnic magii poprzez zwykłe zadania. Jednym z zadań jest tworzenie goblinów przez bicie skrzatów (to nie jest dwuznaczne) – typowa wiedźma wykorzystująca gobliny jak w karciance MixTura.
Rysunkowo jest to najlepsza opowieść w tomie 8. Choć w historiach Zmierzchu rysowaniem zajął się OBION – jego styl ma swój urok i również przypadł mi do gustu. Co ciekawe, pierwszą opowieść – Monstra 16 – rysował Guy Delisle (Vademecum złego ojca). Według mnie jego minimalistyczny styl nie pokazuje tutaj swoich atutów.
Samo wydanie jest porządne i będzie się godnie prezentować na półce, zwłaszcza w towarzystwie pozostałych tomów. Jeśli zabieracie się za kolekcjonowanie od teraz, warto doczytać, czy dodruki się nie różnią w kwestii okładek. Osobiście nie jestem wielkim fanem owijek okładkowych. Jeśli wy też, to właściwa okładka rekompensuje ten minus – sprawia wrażenie starej księgi, co pasuje do zawartości.
Reasumując, każdy znajdzie coś dla siebie – jeśli lubicie fanstastykę to można śmiało sięgnąć.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu timof.
