Cthulhu: Dark Providence – gra planszowa

Nie zapomnij do nas zajrzeć – > Facebook Logo Instagram Logo Spotify Logo

Są gry, w których walczysz o punkty, ale i takie, w których walczysz o dominację. A potem jest Cthulhu: Dark Providence — gdzie walczysz o to, by nie zwariować szybciej niż inni.

To planszówka zanurzona po szyję w klimacie prozy H. P. Lovecrafta. Mamy tu mrok, kultystów, starożytne księgi, szepty z innego wymiaru i to niepokojące uczucie, że ktoś właśnie przewraca stronę twojego losu.

Klimat – gęstszy niż mgła nad Arkham

Jeżeli liczysz na lekki, rodzinny wieczór przy planszy, to… nie tym razem. Tutaj głowa mi parowała! Dark Providence buduje napięcie powoli, metodycznie, niemal bezszelestnie. Karty wydarzeń potrafią wywrócić sytuację do góry nogami. Tajemnice pojawiają się tam, gdzie miało być bezpiecznie. A przeciwnik, którego ignorowałeś przez dwie rundy, nagle okazuje się problemem egzystencjalnym. To gra, która nie straszy szybką wygraną, ona straszy nieuchronnością.

Mechanika – elegancka, ale bezlitosna

Pod względem mechaniki Dark Providence to połączenie: Zarządzania ręką kart, kontroli obszarów, budowania wpływów oraz delikatnej, lecz odczuwalnej interakcji między graczami.
Każda decyzja jest jak otwieranie zakurzonej księgi:
Czy na pewno chcesz to zrobić? Bo zdobywanie potężniejszych kart często wiąże się z ryzykiem.
Moc rośnie. Ale razem z nią rośnie… coś jeszcze. Nie jest to gra losowa w chaotycznym sensie.

To gra, w której losowość ma twarz przeznaczenia. Poziom wejścia dla mnie wysoki, jak szczyty w opowiadaniu Góry szaleństwa z 1936 roku, ale jak już opanujesz, nie czujesz braku tlenu na tej wysokości. 

Interakcja – subtelna, planowana, ale jednak wojna. 

Nie ma tu bezpośrednich wybuchów jak w Worms. Tu jest cisza…

Cisza, która oznacza, że ktoś właśnie buduje przewagę. To ten rodzaj ciszy, który czujesz w żołądku, taki który zapowiada, że zaraz coś się stanie. Gracze walczą o wpływy, blokują sobie możliwości, podbierają kluczowe elementy. Nie ma tu teatralnych zdrad — są ciche, zimne decyzje, które bolą bardziej niż bazooka. To bardziej szachy z mackami niż epicka bitwa.

Nastrój rozgrywki – napięcie rośnie, spokój maleje, odpalasz kolejnego papierosa…

Najlepsze w tej grze jest to, że im bliżej końca, tym bardziej czujesz, że: ktoś coś knuje, ktoś ma plan, a ktoś inny właśnie zorientował się, że popełnił błąd trzy tury temu. Dark Providence ma w sobie tę typową dla lovecraftowskiego klimatu nutę: Nie wygrywasz dlatego, że jesteś potężny. Wygrywasz, bo przetrwałeś dłużej, bo masz więcej PZ na koniec gry.

Dla kogo?

-dla fanów Lovecrafta, to oczywista oczywistość!
-dla graczy, którzy lubią kontrolę i planowanie
-dla osób ceniących klimat ponad fajerwerki
-dla tych, którzy wolą mrok od neonów z Cyberpunka.
-dla tych, którzy potrafią się świetnie bawić tylko w swojej obecności. Dobra gra na jednego gracza. 
-nie dla fanów szybkiej, głośnej akcji
-nie dla graczy oczekujących losowego chaosu
-nie dla osób, które chcą po prostu pograć i się pośmiać

Podsumowanie – macki, decyzje i elegancja

Cthulhu: Dark Providence to gra spokojna na powierzchni i bezlitosna pod spodem. Nie krzyczy. Nie eksploduje. Jest zabójczo stonowana.
Ona wciąga jak bagno. Jak już opanujesz zespół do tej pozycji, to można stworzyć grę z klimatem sesji RPG. Rozstaw świece, zadym pomieszczenie, otwórz czerono-krwawe wino i zatop się w tym klimacie.
To planszówka, która:
– nagradza chłodną kalkulację
– karze lekkomyślność
– zostawia po sobie uczucie, że coś właśnie obudziło się w głębinach.

Ocena: Top 10 mackowatych decyzji

Minus za to, ze niezależnie od wyniku i tak masz wrażenie, że Cthulhu tylko się uśmiechnął.
I jeszcze jeden dodatkowy plus! Możesz być Kultystą! Oh jak mi się to podoba…

W planszówki gramy razem z Planszeo

Polecamy do lektury

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *