Za młodu byłem szczęśliwym, wręcz radosnym posiadaczem Amigi 600. Dodatkowe 1 MB pamięci RAM zapewniało + jeden do szacunku na osiedlu, choć nie przypominam sobie, bym jakoś specjalnie go wykorzystał. Pewnego zimowego wieczoru ojciec dostarczył mi ten komputer wraz z dwoma pudłami po butach wypełnionymi dyskietkami oraz dwoma wysłużonymi już joystickami i myszką, które to otworzyły bramy do świata marzeń i czasy zabawy na Amidze wspominam naturalnie z rozrzewnieniem. Na takich nostalgicznych przelotach bazuje wiele wydawnictw. Amiga pozwoliła na przeżywanie przygód na poważniej. Tu gamingowe opowieści stały się bardziej dojrzałe. Wymagające i angażujące. Pełniejsze. Absolutnie porywające. Jest rok 2026 i mamy w ręku kolejną książkę traktującą o Amidze i nostalgią z nią związanej. O komputerze, o którym powstała już cała masa wydań i opracowań. Czy „Commodore Amiga: Nieoficjalne kompendium”czymś się wyróżnia? Oj tak. I nie jest to wyłącznie piękne wydanie.

Nostalgia przez duże „N”
Paradoksalnie, o wiele prościej będzie zacząć opisywać najnowszą pozycję z arsenału wydawnictwa Gamebook od tego, czym „Commodore Amiga: Nieoficjalne kompendium” nie jest. Dzięki temu łatwiej będzie powiedzieć z czym czytelnik będzie się tu mierzyć. Czego tu nie znajdziecie? Nie jest to kompletna lista gier, która wyszła na Amigę. Książka jest dość mocno zorientowana na tytuły, które powstały w Europie, więc nie ma tu wspomnianych np. Street Fightera czy Mortal Kombat, (choć zdarzają się wyjątki). Szkoda? No może trochę tak, choć szczerze mówiąc treść jest na tyle sycąca, że nie biło to po oczach.
Nie jest to leksykon, który przedstawi pełny i kompletny obraz wydawniczy na Amigę. Nie ma tu również uszczegółowionej historii powstania komputera, z masą technicznych detali albo marketingowego pejzażu schyłku lat 80-tych. To nie jest nawet cegła o ludziach i twórcach. Wspomnienia, których tu pełno, są nakierowane wyłącznie na sprzęt i oprogramowanie związane z Amigą. Nie znaczy to wcale, że brakuje tu ciekawostek i anegdot. Mamy tu opowieść o tym, jak powstało demo z odbijającą się piłką, czy dlaczego w ikonicznym obrazku z dyskietką ta jest trzymana w lewej ręce. Nie można tu czuć zawodu treścią. Anegdoty są tu obecne, nie grają tu po prostu pierwszych skrzypiec.
„Commodore Amiga: Nieoficjalne kompendium” to coś, co skupia się niemal wyłącznie na komputerze i grach i programach z nim nierozłącznie związanymi. Mamy tu albumowe podejście z olbrzymimi grafikami przedstawiającym wspominaną grę czy aplikację. Do kultowego Deluxe Painta nawiązań jest bez liku, co wcale nie dziwi, mając na uwadze, że to pixelart jest tu głównym bohaterem. W książce znajdziemy również wywiady z twórcami oraz kilka wpisów na temat studiów develeperskich tworzących na Amigę. Powtarzam – nie jest to pełny obrazek amigowej rzeczywistości, ale bardziej forum, na którym wiele głosów osób pracujących na Amidze zajmuje miejsca na mównicy i opowiada historie o pixelartowych wspomnieniach z pixelartowych czasów.
Warto również wspomnieć o dodatku, który ukazał się ekskluzywnie w polskim wydaniu, a mianowicie o pokaźnych rozmiarów rozdziale traktującym o polskim wkładzie w wydawnicze portfolio Amigi. Komputer Commodore pozostawał popularny nad Wisłą jeszcze w schyłkowych latach 90-tych, czyli w czasach, gdy na świecie coraz mocniej rozpychało się pierwsze Playstation czy Sega Saturn. Nie było niczym dziwnym znaleźć w polskiej prasie komputerowej opisów gier na Amigę sąsiadujących w numerze z recenzjami gier na konsole piątej generacji. Polscy twórcy gier uczyli się gamedevu na Amidze, choć większość ich produkcji odnosiła sukces raczej na naszym, lokalnym rynku. Pomimo pewnych ułomności, a czasem i delikatnego zacofania w niektórych przypadkach – i tak kochaliśmy nasze gry, za swojskość, humor zrozumiały tylko w naszym kraju i środowisku oraz podziwialiśmy odwagę i również kunszt rodzimych twórców. Patrząc na to, jak pokaźnych rozmiarów jest ten rozdział, to nasz wkład gaming już wtedy nie był marginalny, a aktualny sukces naszego gamedevu z Wiedźminami, Frostpunkami, Cyberpunkami, Ghostrunnerami, Dying Lightami i wieloma innymi tytułami przestaje dziwić.

Czymże zatem Commodore Amiga: Nieoficjalne kompendium jest?
To jest podróż. To spacer alejkami pamięci twórców pixelartowej rozkoszy, która tak nas cieszyła, rozwijała wyobraźnię i rozbudzała marzenia. To albumowo-książkowa wersja spotkania w pubie ze starszymi twórcami gier, którzy wprowadzeni w dobry nastrój są łasi na to, aby wyrzucić z siebie kilka ciekawych opowiastek na temat tego, jak to się ongiś robiło gry. Jak się tworzyło grafikę na Amidze. Jaką rewolucję wprowadził komputer marki Commodore i jak on otworzył wrota do świata marzeń dla innych. Łatwo znaleźć wspólny mianownik w tym wszystkim – zarówno trzynastoletni ja, tak i nazwiska, które stworzyły podwaliny dla dzisiejszej, generującej wiele miliardów dolarów zysku branży marzyliśmy o tym samym. Wszyscy przeżywaliśmy to samo. To uczucie niemożliwe do skopiowania i opisania. „Commodore Amiga: Nieoficjalne kompendium” w zalewie wydań noszących nostalgiczne zamiary wydaje się być najbliżej osiągnięcia tego uczucia. Jest to trochę tak, jakby usiąść obok Allistera Brimble’a, Stoo Cambridge’a czy Jona Hare’a i trochę odjąć sobie lat. Znów udaje się wzbudzić emocje na widok logo DMA Design, Team 17, Bitmap Brothers, czy sowy od Psygnosis. Nagle znów w uszach rozbrzmiewa muzyka z Settlersów, Shadow of the Beast czy Superfroga. Wracają sesje ze słownikami przy Civilization Sida Meiera albo Dune 2. Odblokowują się wspomnienia, które wydawały się być już dawno zapomniane.

Uśpione wspomnienia
Z każdą kartą książki odsłania się jakaś klapka. O, w to grałem nocami. W to grałem u kumpla. W to z kumplem graliśmy u mnie. O tym czytałem w starym czasopiśmie. Tego nie skończyłem, bo padła mi dyskietka. Tego nie udało mi się nigdy zdobyć. A o tym nawet nie słyszałem. A niech to, zaraz odpalam GOG i sprawdzam co można tam dostać. Jeśli czegoś nie ma, to szukam, czy gdzieś nie znajdę ROMów do mojej Amigi 500 mini od Retro Games. Niestety, moja stara sześćsetka odeszła w niebyt. Kurczę, a może skuszę się na wersje maxi Amigi 1200 w listopadzie?
Staram się być odporny na nostalgiczne publikacje, które w zasadzie mielą te same tematy w ten sam sposób i mają coraz mniejszą siłę rażenia jeśli chodzi o granie na moich retro-strunach zainstalowanych w duszach każdego gracza dorastającego w latach 90-tych. „Commodore Amiga: Nieoficjalne kompendium” jednak jakoś udało się do nich dotrzeć i zagrać ponownie znajome i bliskie sercu melodie. Ta książka błyszczy pośród wydawnictw żerujących na nostalgii i retro fascynacji, bo czuć, że została stworzona z takim samym uczuciem, jak przedmioty i tematy, którym jest poświęcona. Jest to najwyższa pochwała i piękny pomniczek postawiony pixelartowi i najwspanialszemu komputerowi do zabawy, jaki powstał. Zbierając zdjęcia do tego materiału ciężko było mi wybrać, co zamieścić bo gdybym mógł, to obfotografowałbym całość. Ale nie chcę nikomu zabierać przyjemności odbycia tej podróży własnym sumptem.
PS. lubicie niespodzianki? Zajrzyjcie pod obwolutę 🙂
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Gamebook.
