transformers

Transformers Tom 1: Zamaskowane roboty – recenzja komiksu

Nie zapomnij do nas zajrzeć – > Facebook Logo Instagram Logo

Transformers: Pierwsze spotkanie!

Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych. Wyobraź sobie, że masz sześć lat i właśnie dostajesz w ręce swojego pierwszego Transformera. Nie jest to oryginał od Hasbro, raczej chińska podróbka, ale to nie ma znaczenia. Dostajesz zabawkę, która potrafi zamienić się z samochodu w robota i z powrotem. Mózg roztegowany.

Traktujesz ją jak najcenniejszy skarb. Wkrótce odkrywasz kolejne modele – samolot, czołg… Z pasją błagasz rodziców o te zabawki, obiecujesz, że będziesz perfekcyjnie sprzątać pokój, i w końcu masz wszystkie trzy (i do tego posprzątany przez kilka dni pokój). Niedługo potem, przypadkiem w wypożyczalni kaset, znajdujesz film Transformers: The Movie z 1986 roku.

Kilka lat później w telewizji zaczyna się seria Beast Wars i fascynacja Transformersami wraca z nową siłą. Po drodze w twoje ręce trafia parę zeszytów komiksów Transformers wydanych w latach osiemdziesiątych przez Marvela, które trafiły do Polski dzięki przedrukom od TM-Semic. Lata mijają, a ty, już dorosły, znów odnajdujesz znowu swoją zajawkę, gdy do kin trafiają nowe filmy o Transformerach.
Teraz, już jako ojciec, zarażasz miłością do tych mechanicznych bohaterów swojego syna, który ekscytuje się nimi tak samo, jak ty 30 lat temu…

transformers Nagle

Transformers dziś

Dziś, dzięki uprzejmości wydawnictwa Nagle! Comics, wydającego w Polsce nowe komiksy amerykańskiego Skybound, w moje ręce trafiła recenzencka kopia komiksu Transformers Tom 1: Zamaskowane roboty.

O czym rzecz? Jeżeli widzieliście filmy Michaela Baya albo oglądaliście którąś z animacji, to fabuła nie będzie stanowiła dla Was zaskoczenia – w czasach współczesnych na Ziemię trafiają zmiennokształtne roboty, przedstawiciele dwóch zwaśnionych frakcji, toczących ze sobą odwieczną wojnę. Ten konflikt przenoszą też na trzecią planetę od Słońca i w zasadzie od momentu lądowania rozpoczyna się wartka akcja.

W walkę szybko zaangażowani zostają przedstawiciele homo sapiens, czyli dla robotów – mięciutcy – w tym, co dość standardowe dla franczyzy, kilkoro lokalnych dzieciaków. To relacje pomiędzy ludźmi, a robotami stanowią główną, poza potyczkami mechanicznych stworów, oś fabularną komiksu.

Białe i czarne

Młodzi bohaterowie przejawiają ciekawość i fascynację robotami (jak i wiecznie młodzi czytelnicy), dorośli zaś nieufność i pierwotny lęk przed obcymi, materializujący się w postaci przejawów agresji, także wobec pokojowo nastawionych Autobotów. Twórcy komiksu chcą nam powiedzieć coś o nas samych, ale ważniejsza jest tutaj akcja i szybkie jej zwroty, aniżeli uwidocznienie głębszych dylematów moralnych.

Jeżeli zaś chodzi o postacie zbudowane ze stopów metali, to mamy tu do czynienia z bardzo czytelnym, jednowymiarowym podziałem na dobro i zło. Autoboty, a przede wszystkim ich lider: Optimus Prime, są zbudowane jako na wskroś pozytywne charaktery. Życzliwe, empatyczne, skłonne do altruistycznych gestów roboty, stają naprzeciw zepsutych do szpiku Decepticonów.

Antagoniści opowieści są pociągnięci grubą krechą, a ich lider, Skyscream to zło wcielone, nie waha się nawet na chwilę by poświęcić swoich podkomendnych jeżeli zobaczy w tym choć cień korzyści w walce z Autobotami; nie zna litości i pochłonięty jest rządzą władzy. Banały? Jasne, że tak, ale razić będą raczej tylko czytelników spodziewających się po tym komiksie czegoś więcej niż pretekstowej fabuły, rzucającej śledzących wydarzenia od jednej potyczki, do drugiej. 

transformers

Nowe smaki znanego ciastka

Czy zatem od strony scenariusza jest dobrze? Fabuła, autorstwa Daniela Warrena Johnsona jest w porządku, to w końcu komiks będący uzupełnieniem franczyzy opartej na serii zabawek. Wszystko jest na miejscu, rozumiemy intencje postaci, mamy komu kibicować i do kogo żywić niechęć.

Pod względem rysunków widzimy nawiązania do stylu znanego czytelnikom pierwszej serii komiksowej sprzed 40 (!) lat. Sam ich autor, ten sam co scenariusza, przyznaje, że rysowanie Transformerów to jego pasja z lat szczenięcych, a przyjęcie odpowiedzialności za warstwę wizualną komiksów ich poświęconym stanowi spełnienie jego marzeń.

Zamaskowane roboty to świetny punkt wejścia dla nowych czytelników, ale również prawdziwa gratka dla fanów, którzy dorastali z kultowymi robotami. Historia, choć znana z wcześniejszych produkcji, w tym filmów i komiksów, zyskuje tu nowy wymiar jako część Energon Universe, w którym obok Transformersów pojawiają się postacie z G.I. Joe​.

Nostalgicznie, ale po nowemu

Nad całością uniwersum czuwa Robert Kirkman, ten sam, który stworzył m.in. świat The Walking Dead czy uczestniczył w wielu projektach Marvel Comics, więc o jakość historii obrazkowych od wydawnictwa Skybound możemy raczej być spokojni. Ten komiks to nie tylko nostalgiczne wprowadzenie do świata Transformerów, ale też nowy start, który zapewnia świeżą energię dla kolejnych pokoleń fanów, jak i tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z mechanicznymi bohaterami.

Czytelników na pewno czekać będzie jeszcze sporo atrakcji – fabuła pierwszego tomu nie jest zamknięta klamrą, czeka nas z pewnością jeszcze wiele ciekawych wydarzeń. Zwłaszcza dlatego, że główny zły serii, Megatron, ciągle czeka na przebudzenie…

transformers Tom 1

za plik recenzencki dziękujemy wydawnictwu Nagle!

2 thoughts on “Transformers Tom 1: Zamaskowane roboty – recenzja komiksu”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *