Po rewizycie z 2025 roku, Osiedle Swoboda znów otwiera swoje podwoje i zaprasza na wycieczkę po ulicach pełnych graffiti, dresiarzy, skinheadów, dilerów i osiedlowego mistycyzmu. A to wszystko w komiksie, który wprowadził pokolenie dzisiejszych 40-latków w nowe tysiąclecie. Biuro podróży Kultura Gniewu zaprasza na wyprawę, a za przewodnika będzie robił nie kto inny, jak Michał „Śledziu” Śledziński.
Ciemne są windy w obumarłych osiedlach
Będąc przedstawicielem pokolenia, które dorastało w okresie opisywanym w komiksie oczywiście mogę być posądzany o brak obiektywizmu, ale z drugiej strony pamięć nie zawodzi i wciąż mogę porównywać. I rzeknę tylko, że Osiedle Swoboda wciąż robi swoją robotę i wciąż szarpie za struny zakotwiczone dwadzieścia paręlat temu, które grają dźwięki głęboko rezonujące gdzieś w śodku.
Śledziu dokonał rzeczy niebywałej. Ja wciąż czytając (kolejny już raz przecież) Swobodę, stają mi przed oczami te czasy, miejsca i ludzie. Osiedle Swoboda to taki komiks, który można odświeżać od czasu do czasu, wracać doń i wciąż dobrze się bawić. Moim zdaniem to tytuł, który będzie kiedyś lekturą w szkole. A przynajmniej być powinien. Autor bowiem tak doskonale i uniwersalnie uchwycił moment, w którym dorastał, że ja, jako dziecko najntisów, czuję, jakby Swoboda była zapisem z mojego rodzinnego osiedla. Tak wiele rzeczy się zgadza. Śledziowi nie umyka nawet ta niemal plemienna przynależność do danych miejscówek, zupełnie przecież niezrozumiała, acz ówcześnie prawdziwa i czasami dość dotkliwie i boleśnie fizyczna. Bo podziały wtedy przebiegały nie tylko na linii socjopatologicznych granic, które za pomocą pięści i kopniaków rysowały pomiędzy sobą subkulturowe grupy. Czasem można było oberwać nie tylko za to, ze miało się długie włosy i bluzę ze Slipknotem – wystarczyło, że chodziło się do innej podstawówki, albo kopało piłkę na innej cementowej kałuży pomiędzy blokami.

Tajemnice Osiedla Swoboda
Śledziu robi ze Swobody teren działań nowej grupy przestępczej, która próbuje wygonić palących i sprzedających miękkie narkotyki, zastępując je ciężkimi i mocno uzależniającymi chemicznymi substancjami. To oczywiście stoi w sprzeczności z ideą pokojowego spożywania zioła i stanowi egzystencjonalne zagrożenie dla kannabisowego ekosystemu społecznego.
Swoboda jednak jednoczy się i stawia czoła mafijnemu niebezpieczeństwu oraz skorumpowanej władzy, kosciołkowatym zgredom czy układom w policji. Wyzwalając niemal pierwotną siłę i energię z potencjalnie przeciwstawnych biegunów doprowadza do szczęśliwego finału. Jest tu siła przyjaźni i postawienie się próbom zmiany stojącego na THC status quo. To ekosystem różniących się elementów, ale takich, które nauczyły się ze sobą współistnieć. To są rzeczy, które w dzisiejszym, spolaryzowanym społeczeństwie połączonym ze sobą jedynie cyfrowymi nićmi, trudne do wyjaśnienia.
W pewnym sensie Osiedle Swoboda jest pomostem pomiędzy tymi czasami, poprzedzającymi cyfrową rewolucję i jej wkraczeniem, razem z naszą dorosłością. Pieknym, cudownym, genialnym w swoim bogactwie i głębi epitafium dla najntisowego pokolenia, a jeśli jeszcze nie epitafium, to jego preludium. Choć jest to też możliwe, że zaczynam bełkotać, bom się wzruszył. Niepotrzebnie włączałem do pisania tego tekstu the Offspring (stare płyty, też są dobre do lektury, ale zgodnie z sugestiami autora, Beastie Boys też się nadają). Och, jak dużo wspomnień z ogólniaka wróciło.

Uniwersalizm osiedlowego mistycyzmu
Śledziu nagina swoją obyczajową opowieść w rasowy komiks akcji, w którym mieszają się motywy superbohaterskie (Osiedla chroni bowiem grupa przebierańców piorących dresów, skinheadów i dilerów), oraz kryminalne, ale nie zapomina o swoim charakterystycznym poczuciu humoru. Rysując Swobodę wciąż osadza ją w sosie z przełomu tysiącleci. Osiedle wciąż kipi od układów i układzików, czy ekumenicznych wręcz powiązań i opowieści, które łatwo przełożyć na swoje własne doświadczenia, jeśli ktoś wychowywał się na lub w okolicach wielkopłytowych osiedli w tamtym okresie (z podobnym świętowaniem wiosny włącznie). W tej miksturze wciąż pływa i próbuje unosić się na jej powierzchni pięciu kumpli, którzy powoli dorastają i zaczynają mierzyć się z codziennością dorosłego (no może jeszcze nie wszyscy, ale dociera to już do większości). Nie przeszkadza to im jednak ostro, czasem wulgarnie, ale zawsze celnie i głęboko komentować i rysować obrazek naszej szarej rzeczywistości, w której nawet śnieg był szary. Serio, pamiętam takie zimy, kiedy miałem wrażenie, że do śniegu przenikają drobinki azbestu, betonu czy innego szajsu, którym naszpikowane były ściany domów, ulic i opadających elewacji kamienic.
Uniwersalność tej opowieści polega jednak na tym, że pięciu bohaterów tworzy archetypy, które były wówczas powszechne. Każdy z nas znał jakiegoś Niedźwiedzia, Wiraża, Kundzia, Smutnego czy Szopę, albo ich amalgamaty. I każdy z nas w jakiejś części nimi był. Łatwo można w postaciach stworzonych przez Śledzia odnaleźć cząstkę samych siebie sprzed 20-30 lat.
Bilet w jedną stronę
Lećcie do najbliższego sklepu i czym prędzej nabywajcie swój egzemplarz. W domu polskiego czytelnika komiksów nie powinno zabraknąć tej pozycji. Nawet w kilku egzemplarzach. Jeżeli miałbym wrzucić jakiś kamyczek do wydania AD 2026 to format. Przydałby się z deczka większy, bo do czcionki momentami wzrok musi się przyzwyczaić i skupić. I choć zdrowie jeszcze nie dokucza, to dioptrii wciąż przybywa. A poza tym, tytuł tego kalibru godzien jest porządnego wydania albumowego o większym formacie.

