Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Pod drzewami, gdzie nikt nie widzi to komiks, który na pierwszy rzut oka wydaje się łatwy do zaszufladkowania. Kolorowe spokojne miasteczko, w którym mieszkają postacie wyjęte z dziecięcych historyjek o żółwiu Franklinie (skojarzenie życiowe, proszę o wybaczenie, córka uwielbia te bajeczki i muszę je przerabiać wieczorami do spanka) zaczynają mierzyć się z morderstwami popełnianymi na spokojnych ongiś ulicach. Komiks Patricka Horvatha to zwykła gra kontrastów? Czy może coś więcej?
We wspomnianym miasteczku zwącym się Woodbrook mieszka sobie niedźwiedzica Sam. Od wielu lat prowadzi sklep z materiałami budowlanymi i żelaznymi. Nikt nie wie o tym, że Sam skrywa mroczną tajemnicę. Od czasu do czasu wyjeżdża do niedalekiej aglomeracji i poluje na Bogu ducha winnych przechodniów. W lesie przeprowadza egzekucje i pozbywa się dowodów rozczłonkowując i zakopując ciała. Proceder swój uskutecznia od wielu lat, trzymając się złotej zasady – nigdy nie morduj w Woodbrook. A kiedy zbrodnia wkracza na spokojne uliczki miasteczka Sam, mnożąc jeden po drugim nekrologi, niedźwiedzica wie, że będzie musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Przy nieudolności peryferyjnej policji, Woodbrook będzie zdecydowanie za małe dla dwójki seryjnych morderców.
Gra kontrastów do sześcianu
Kontrasty dość szybko zaczynają rosnąć i nabrzmiewać. Małomiasteczkowa mentalność zaczyna ścierać się z zagrożeniem rodem z wielkiego świata. Zjeżdżają się dziennikarze, robi się głośno, potęgując strach i niepokój. Ci, którzy szukali spokoju i chcieli ukryć się przed głośnym i niebezpiecznym wielkim światem, nagle stają w oku cyklonu.
Woodbrook, będące synonimem ucieczki, swoistym murem od zewnętrznych problemów, staje się krok po kroku zmartwieniem samo w sobie. Jak zauważa Sam – największy strach powoduje fakt, że potwór, który morduje mieszkańców, jest jednym z nich. Doskonale zna i wyczuwa puls miasteczka i tu leży największy problem. Znajomość miasteczka i mieszkańców znakomicie ułatwiają mylenie tropów. Ulice stają się mroczniejsze i zimniejsze, więzy towarzyskie pękają, ludzie zamykają drzwi na klucz. Miejsce ucieczki od strachu, niepokoju, zmartwień, samo staje się ich źródłem. Po naruszeniu wewnętrznej harmonii, wszyscy mieszkańcy się zmieniają. Miasto traci swój charakter, na zawsze przeobrażając się w coś innego. Wytwarzają się nowe nawyki, stare odchodzą w zapomnienie, a by odzyskać równowagę zasady trzeba będzie złamać.

Jak już wspomniałem, Pod drzewami, gdzie nikt nie widzi jest narysowany kreską, którą spokojnie można by wypełnić książeczki dla dzieci. Autor wykazał się niesamowitą przewrotnością, podając czytelnikowi pozycję, którą na pierwszy rzut oka można by podać kilkuletniemu dziecku, by nacieszyło oczy obrazkami. Bo i miałoby na co popatrzeć. Kolorowe, wesołe kadry przedstawiają cały zwierzyniec zamieszkujący Woodbrook. Powolnie tocząca się historia na pewno nie wzbudziłaby podejrzeń, do czasu, gdy niedźwiedzica Sam nie zacznie oddawać się swoim przyjemnościom. Podanie opowieści o seryjniaku opakowane w cukierkowe i kolorowe opakowanie można jedynie porównać z nagraniem odgłosów młota pneumatycznego na audiobooku z bajkami na dobranoc dla niemowląt.
Ten dualizm i sprzeczność nie będzie zresztą jedyny. Komiks Pod drzewami… jest pełen kontrastujących elementów i pomimo pierwotnych obaw, że będzie to tania zagrywka, wykorzystuje je znakomicie. Piękne, spokojne i nudne niemal do porzygu miasteczko staje się areną zmagań nie jednego, ale dwóch seryjnych zabójców. Mieszkańcy żyją w kompletnej nieświadomości, co dzieje się za płotami ich posesji i ilu tak naprawdę grasuje morderców. A gdy spokój i marazm Woodbrook zostają zakłócone, zaglądamy do domów mieszkańców, dowiadując się o tym, co porabiają w ich zaciszach. Nie będzie oczywiście niespodzianką, że podążając śladami morderców, dowiadujemy się o tym, jak różne bywają życia wiedzione w domach Woodbrook od tych, które mieszkańcy wynoszą poza nie. Każdy skrywa swoje tajemnice i każdy przywdziewa maski. Każdy nosi w sobie swoje troski i zmartwienia. Naruszając ich prywatność razem z bohaterką łamiemy bariery i przekraczamy rzeczy nieprzekraczalne. Łamiemy kodeks nudnego i sennego Woodbrook, które zrzuca nimb swojej nudy i senności.
Pod drzewami, gdzie niby nikt nie widzi
Im dłużej sobie myślę i analizuję lekturę Pod drzewami, gdzie nikt nie widzi, tym bardziej dostrzegam coraz więcej drobiazgów. Warstwa po warstwie Woodbrook odkrywane jest na now. Rzadko to u mnie spotykany stan, że mam ochotę sięgnąć po pozycję ponownie, a z pozycją Horvatha tak mam. I jest to o tyle dziwne, bo nie ma tu zapierających dech w piersiach pejzaży, czy odcinającej dopływ krwi do mózgu akcji. Jest za to klimat, atmosfera i tajemnica, które zabierają w niesamowitą czytelniczą podróż. Opakowanie tego cukierka, które przypomina książeczkę dla dzieci potrafi skutecznie ukryć ten klimat, chowający się pod tymi wszystkimi kolorkami. Ale niech Was to nie zwiedzie. Pod drzewami… to świetna pozycja o tym, jak wąż wpełza do rajskiego ogrodu i samą swoją obecnością sprawia, że drzewom opadają liście.
Za komiks do recenzji dziękujemy wydawnictwu Shock Comics.


2 thoughts on “Pod drzewami, gdzie nikt nie widzi – recenzja komiksu”