My Friendly Neighborhood – recenzja Xbox

Nie zapomnij do nas zajrzeć – > Facebook Logo Instagram Logo Spotify Logo

Gatunek survival horrorów zdefiniowany przez takie tytuły jak Silent Hill oraz Resident Evil przez kilkadziesiąt ostatnich lat zdążył się przedefiniować już kilkukrotnie. Wymienię choćby takie perełki jak Soma, Crow Country, Still Wakes The Deep czy rodzime Layers of Fear bądź nadchodzący Holstin. Każdy z nich bierze na tapet wypracowane wcześniej motywy by wykorzystać je na swój oryginalny sposób. Nie inaczej jest z My Friendly Neighborhood, który za podstawę obiera serię gier od Capcomu. Przy czym czerpie najwięcej z dawnych części, bardziej nastawionych na aspekty przygodowe. Przewrotnie dodaje do tego klimat Ulicy Sezamkowej czy Muppetów.

Kolejny dzień w robocie

Historia jest solidna aczkolwiek stanowi głównie pretekst dla eskapady. Lata po zakończeniu nadawania programu dla dzieci w eterze ponownie pojawia się sygnał telewizyjny. Wcielamy się w postać Gordona O’Briana, majstra, który przybywa do opuszczonego studia filmowego zbadać przyczynę wznowienia transmisji. Na miejscu okazuje się, że studio opanowane jest przez ożywione kukiełki. Niepokój jest dodatkowo potęgowany tym, że marionetki właściwie się nie zamykają. Powtarzają bez końca kilka dialogów z programu dla najmłodszych. Ten dysonans nadaje grze napięcia i w pewnym stopniu budzi strach. Klimat jest dość unikatowy choć mocno czuć w nim ducha klasyków kina grozy klasy B, z których także mocno czerpią Residenty. Po względem rozgrywki My Friendly Neighborhood najbliżej do siódmej części wymienionej serii horrorów od japończyków.

Wydarzenia w grze śledzimy z perspektywy pierwszej osoby. Mamy tu co prawda walkę jednak to nie na niej postawiono główne akcenty. Jest kilka klasycznych dla gatunku broni palnych jak pistolet czy strzelba ale domyślnie nie uświadczymy tu choćby celownika. Strzelanie działa trochę jak w pierwszym Doomie. Można co prawda dodać celownik w ustawieniach. Osobiście nie mam z tym problemu i nie jest to dla mnie zarzut w stronę twórców. Niestety wrogowie nie grzeszą inteligencją. Gdy nas znajdą, prą do przodu niczym lemingi. I chociaż strzelania jest niemało to cała gra jest zaprojektowana tak by poziom trudności wynikał z innych aspektów.

Mamy tu choćby ograniczone miejsce w ekwipunku na wzór tego z Resident Evil 4, czy będącego jeszcze w produkcji Gloomwood. Zabawa w układanie przedmiotów jest swego rodzaju mini grą samą w sobie. Do tego mamy połączone ze sobą skrzynki z narzędziami, do których możemy wrzucać nadwyżkę ekwipunku, który zwyczajnie nam się nie mieści. Co powoduje, że każdy wypad, poza pokój z automatem do zapisywania stanu gry, musimy sobie rozplanować. Czasami bywa to oczywiście irytujące. Zwłaszcza gdy obładowali różnego rodzaju klamotami natrafimy na przedmiot, którego już nie zmieścimy. I albo coś wyrzucimy, albo trzeba będzie wrócić do ostatniego pomieszczenia ze skrzynią na nasz ekwipunek.

Pomieszczenie gdzie możemy chwilę odsapnąć i się uleczyć jest kolejnym skinieniem głowy w stronę klasycznych Residentów. Tyle że zamiast maszyny do pisania stan zapisujemy w automatach na monety. Zaś tych ostatnich jest ograniczona ilość więc musimy szacować ryzyko utracenia większych postępów jeśli będziemy zapisywać zbyt rzadko. Do tego wewnątrz bezpiecznego pokoju w tle przygrywa kojąca muzyczka.

Jak się inspirować to najlepszymi

Zresztą to nie ostatni raz gdy My Friendly Neighborhood mruga okiem do fanów wczesnej twórczości Shinji Mikami-ego. Wspomnę jeszcze o detalu w stylu animacji przechodzenia przez drzwi, tak ikonicznej dla dawnych Biohazard-ów. Ponadto spory nacisk kładzie się na zagadki i dobrze zaprojektowaną, otwartą strukturę mapy. Te pierwsze nie są przesadnie złożone aczkolwiek wymagają rozruszania szarymi komórkami. Zazwyczaj rozwiązanie przychodzi do nas szybko i z satysfakcją eksplorujemy dalej. Większość zagadek jednak opiera się na tym by przedmiot znaleziony w jednym końcu mapy, wykorzystać w innym miejscu.

Same poziomy, pomimo swojej otwartości i struktury niczym w rasowych metroidvaniach, są zaprojektowane wzorowo. Twórcy doskonale wiedzieli co stoi za sukcesem japońskiej serii gier o zombiakach. Niby mamy dość dużą mapę do zwiedzenia. Jednak przez zatrzęsienie różnego rodzaju blokad i zamkniętych drzwi, jesteśmy przez spory kawałek gry prowadzeni niemal za rączkę. Z biegiem czasu odnajdujemy kolejne klucze bądź przedmioty, które pozwalają nam dostać się we wcześniej niedostępne miejsca, co coraz bardziej otwiera dostępne rewiry.

My Friendly Neighborhood kładzie także nacisk na wracanie do poprzednich lokacji, gdzie wynagradzani jesteśmy dodatkowymi zasobami czy kluczowym ekwipunkiem. Albo nową częścią mapy do zwiedzenia. Choć czasem tego biegania jest zwyczajnie za dużo, zwłaszcza gdy nie wiemy co gdzie użyć. W pewnym momencie odkrywamy także skróty, które umożliwiają szybkie poruszanie się między większymi częściami lokacji. Odnajdywanie kolejnych ukrytych przejść samo w sobie bywa satysfakcjonujące. Poziomy, choć wydają się mieć sens, to poprzez wiele zamkniętych drzwi i przeszkód, bywają prawdziwym labiryntem.

To co mnie urzeka w serii Resident Evil to ten charakterystyczny odwrócony poziom trudności. Zazwyczaj zaczynamy z jakimś na w pół złamanym badylem z psią kupą na końcu. By z biegiem czasu dorobić się coraz mocniejszego arsenału. Nie inaczej jest tutaj. W My Friendly Neighborhood na starcie otrzymujemy klucz francuski, który bynajmniej nie służy nam do zabawy w hydraulika. Po to by po czasie uraczyć nas coraz mocniejszą bronią palną. W efekcie z biegiem rozwoju gry czujemy się coraz mocniejsi. Rzadziej się skradamy, by coraz odważniej wbiegać na Jana do kolejnych pomieszczeń szukając cwaniaków z piątakiem. Przy okazji radośnie sprzedając na lewo i prawo plaskacze. Świetne uczucie. Pod tym względem rozgrywka w My Friendly Neighborhood została zaprojektowana całkiem nieźle. Niestety mało, która gra jest w stanie przelać podobne wrażenia. Chociaż takiemu Crow Country z 2024 roku ta sztuka także się udała.

To co może niektórych frustrować to fakt, że do końca nie da się pokonać wrogów. Gdy wracamy do wcześniej eksplorowanego pomieszczenia, gdzie już raz obaliliśmy wszystkich przeciwników, ci pojawiają się tam ponownie. Niczym w remake-u pierwszego Residenta, niektórych niemilców należało potraktować jeszcze benzyną i ogniem. Żeby tutaj załatwić ich na dobre musimy użyć rolki z taśmą klejącą. Tych wiele nie znajdziemy więc trzeba mądrze przemyśleć decyzję o zużyciu cennego zasobu. Może i by mi to przeszkadzało gdyby nie fakt, że regularnie jesteśmy karmieni małymi dawkami amunicji co pozwala czuć, że zawsze panujemy nad sytuacją. Choć na początku miałem naboi raptem na styk. Co ciekawe, nawet związane kukiełki nie przestają się odzywać. Co momentami bywa całkiem zabawne.

Oprawa i wykonanie

Jak już przy dialogach jesteśmy. Tych nie ma wiele, główny bohater zresztą też nie jest zbyt wylewny. Ale kiedy pojawiają się postacie, z którymi możemy zamienić słowo, to do warstwy audio ciężko mieć zarzuty. Co prawda muzyki nie ma tu prawie w ogóle. To jednak udźwiękowienie jest porządne. Zwłaszcza, że aktorzy podkładający swoje głosy stanęli na wysokości zadania. Niestety wrogowie dysponują ograniczonym zasobem kwestii i ich utyskiwania mogą czasem irytować powtarzalnością.

Graficznie My Friendly Neighborhood nie powala. Czuć, że za grą stoi małe studio. Ale oprawa też nie razi i łatwo wczuć się w przedstawiony świat. Tam gdzie można było dokonać uproszczeń, jak na przykład w geometrii postaci i przedmiotów, zrobiono to z głową. Projekt wizualny jest przede wszystkim spójny i całkiem estetyczny. A czasem może się nawet podobać. Ot dobra rzemieślnicza robota na miarę prawdziwego indyka.

Gra jest umiarkowanie długa, bo pierwsze przejście liżąc ściany zajęło mi niecałe sześć godzin. Ale był to czas gdzie nie czułem rozciągania rozgrywki na siłę. Po ujrzeniu napisów końcowych po raz pierwszy odblokujemy dodatkowy tryb. Gra zachęca również do ponownego przejścia możliwością używania znalezionych wcześniej kodów i modyfikatorów rozgrywki. Do tego tytuł obfituje w aż cztery zakończenia. I podczas czasu spędzonego z grą właściwie nie natrafiłem na żadne psujące rozgrywkę błędy. Tytuł ogrywałem na Xbox Series X i technicznie nie sprawiał żadnych problemów.

Podsumowanie

Podsumowując My Friendly Neighborhood jest cholernie dobrą grą dla specyficznego odbiorcy, których nie robi się za wiele. Przede wszystkim udanie inspiruje się innymi survival horrorami, głównie od Capcomu. Bierze z nich to co działało i zatapia w swoim unikatowym sosie. Świetna pozycja. Bardzo zwarty i przemyślany tytuł. Choć strzelanina z tego marna to dla fanów pierwszych dwóch części Resident Evil i przygodówek akcji pozycja obowiązkowa.

Plusy

  • Zagadki i projekt poziomów
  • Stylowa oprawy A/V
  • Unikatowy klimat

Minusy

  • Model strzelania
  • Słaba inteligencja wrogów
  • Powtarzalne i czasem irytujące dialogi niemilców

Za kod do recenzji dziękujemy Evolve PR.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *