Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Planszówki typu legacy przez wielu uważane są za świętokradztwo. Bo jak to tak, bezpowrotnie zmieniać czy niszczyć elementy gry? Do niedawna myślałem podobnie. Za sprawą Moje Miasto mówię “sprawdzam”. Jak ten eksperyment się udał? Całkiem dobrze i z pewnością sięgnę po więcej.

Legacy – z czym to się je?
W założeniach Moje Miasto to logiczna gra od dwóch do czterech graczy. Na starcie każdy otrzymuje taką samą planszę z mapą krainy podzieloną na kwadratowe pola. Następnie gracze muszą nadać nazwę swoich włości wpisując ją w odpowiednim polu. W teorii – na stałe. Dostaniemy jeszcze zestaw kafelków z budynkami kształtem przypominających klocki z Tetrisa, do tego żeton punktacji. Między graczami kładziemy stos kart i możemy otwierać pierwszą kopertę, znaczy zaczynać.
Kampania Mojego Miasta składa się z ośmiu rozdziałów, po trzy epizody na każdy. Zatem w teorii przejście całości zajmuje dwadzieścia cztery rozgrywki. Piszę w teorii ponieważ grając w dwie osoby, w pudełku znajdziemy elementów by tytuł skończyć dwukrotnie. Dla niektórych trwała zmiana bądź niszczenie gier brzmi jak dobry powód do spalenia autora na stosie. Jest jednak wiele innych planszówek na moich półkach, które pomimo tego, że są świetne, zagościły na moim stole przez o wiele mniej czasu niż wspomniane dwadzieścia cztery epizody. A przy tym kosztowały mnie dużo więcej. Zadaj sobie zatem pytanie czy warto zainteresować się mechaniką, która wnosi coś nowego do gier planszowych?
Gry legacy charakteryzują się tym, że każdą kolejna rozgrywka odkrywa przed nami nowe mechaniki bądź modyfikuje istniejące podsycając nasze zainteresowanie. Często towarzyszyła mi ciekawość z tego co przyniesie nowa koperta, a co za tym idzie chciałem grać dłużej. Zresztą łatwiej mi było też przekonać żonę do jeszcze jednej partyjki. Czy zatem w przypadku Mojego Miasta dałoby się osiągnąć te same wrażenia płynące z rozgrywki bez modyfikowania na stałe pewnych elementów? Zdecydowanie nie. Tzn dałoby się to osiągnąć ale gra zrobiła by się zwyczajnie upierdliwa i straciłaby swój urok.
Ponadto stwierdzenie, że Moje Miasto jest jednorazowa jest lekkim kłamstwem. Plansze graczy, które trwale zmieniamy zapisując oraz doklejać rzeczy, są dwustronne. Po rozegraniu wszystkich epizodów możemy nadal toczyć pojedynki na rewersach obszarów, te nie są przeznaczone do modyfikacji. Charakteryzują się one nieco zmodyfikowanymi zasadami, niż początkowe epizody. Zresztą endgame-owi poświęcony jest osobny rozdział w instrukcji. A zatem jednorazowa jest jedynie kampania i tylko jeśli przechodzimy ją w więcej niż dwie osoby.

Nieco o zasadach
Żeby nie zepsuć nikomu zabawy z odkrywania postępów w kampanii, co jest sporą siłą Mojego Miasta, ograniczę się do opisu zasad z pierwszego epizodu. Zatem każdy gracz ma przed soba mapę krainy i stos tetromino z nadrukowanymi budynkami. Każdy epizod będzie składał się z tur rozgrywanych w tym samym czasie. W trakcie tury odkrywamy jedną kartę z symbolem budowli. Następnie każdy dołoży na swoją mapę kartonik z odpowiadającym obiektem. Potem kolejna karta i następny gmach kładziemy tak by choć jedną ścianą dotykał poprzednich. I tak si wyczerpania talii albo do momentu gdy wszyscy gracze spasują swoje ruchy.
Brzmi niemal prostacko, jednak w tej prostocie tkwi siła Mojego Miasta. Nowe epizody będą komplikować zarówno zasady jak i sytuację na planszy zmuszając nas do obierania innych strategii. Każda kolejna misja będzie trwać zazwyczaj coraz dłużej zmuszając nasze szare komórki do coraz większego wysiłku. Chociaż nadal mówimy tu o dość lekkim tytule. I sprawdza się to świetnie. Często kończąc jeden rozdział od razu sięgaliśmy po następny. Reiner Knizia co chwilę zaskakuje i bawi się naszymi oczekiwaniami.
Pomimo początkowo prostych reguł sprawy dość szybko nabierają tempa. Jeśli ktoś szuka dobrej kompetetywnej planszówki, łatwej do nauki to dobrze trafił. Rosnący poziom trudności i złożoności pozycji sprawdza się bardzo dobrze. Moim zdaniem w pełni usprawiedliwia trwałe modyfikowanie gry. Moje Miasto z pewnością nie jest grą, na której skończę swoją przygodę z tytułami legacy.
Niestety jeśli podejmiemy w pewnym momencie kiepską decyzję przy modyfikowaniu swojego obszaru, ten błąd może ciągnąć się za nami do samego końca i tym samym nieco utrudniać rozgrywkę. Dlatego podejmowane wybory są na wagę złota. Czasem chwile się zastanowimy przed kolejną zmianą na naszym poletku. To nie jest tak, że zaprzepaścimy swoją szansę na wygraną już na starcie, jednak nasze decyzje są nieodwracalne i warto się do nich przyłożyć.

Wykonanie i podsumowanie
Recenzowana pozycja wydana nakładem Galakty jest wykonana całkiem dobrze. Bez wodotrysków graficznych, jednak całość jest czytelna i spójna. Słusznie postawiono akcenty na projekt i dobry balans rozgrywki, zaś oprawa wizualna ma im jedynie służyć. Do jakości elementów nie jestem w stanie się przyczepić.
Do tego rozpoczęcie każdej potyczki zajmuje raptem kilka minut. Instrukcja jest krótka i dobrze napisana, większość dochodzących zasad poznamy w trakcie kampanii. Jej przejście w dwie osoby zajęło jakieś dwanaście godzin. Jak wcześniej wspomniałem, instrukcja skrywa alternatywne reguły pozwalające grać dalej na rewersach obszarów graczy. Zatem tytuł nie staje się po tym jedynie niewygodnym przyciskiem do papieru.
Moje Miasto polecam w pierwszej kolejności osobom lubiącym nieco pogłówkować przy planszówce. Do tego ilość negatywnej interakcji jest znikoma, co nie każdemu musi się podobać, ot to bardziej jej cecha niż zarzut. Mamy tu wyścig po punkty i jedynie czasami możemy podkradać innym graczom niektóre nagrody. Gra jest jednocześnie świetnym wprowadzeniem w gatunek legacy, który zmusza do nieodwracalnych modyfikacji gier. Jeżeli ktoś rozważa zmierzenie się z tą abominacją świata gier planszowych, Moje Miasto może rozwiać pewne wątpliwości. Gry tego typu na moim stole na pewno jeszcze zagoszczą i eksperyment uważam za udany.
Więcej informacji o grze znajdziesz na Planszeo.
