Nie zapomnij do nas zajrzeć – >

„Białe Madonny”, czyli kryminał na pełnej petardzie
„Białe Madonny” Agnieszki Płoszaj to z jednej strony kontynuacja dwóch cyklów autorki: tego z Jakubem Karskim, którego reprezentantem jest na przykład „Bigamista”, jak i tego z Zojką Sterlak, wcześniej grającej pierwsze skrzypce w m.in. „Nie zabijaj”. Z drugiej zaś to początek zupełnie nowej serii. Trochę jak budowa własnego uniwersum. I, od razu zaznaczę, jest to początek bardzo udany, pozbawiony niepotrzebnych zastojów.
„Białe Madonny”, czyli proszek i niedojrzałe matki
Punktem wyjścia jest śmierć dziecka, która nastapiła w wyniku zaniedbania naćpanej mamusi. Mamusia jest rozryw-kową dziewusią, którą własna córka radowała tyle, ile raduje gadżeciarza nowy telefon. Mamusia odbywa karę w łódz-kim więzieniu na Sikawie (znanym choćby z filmu „Vabank II, czyli riposta”), a kiedy wychodzi na wolność – cóż, długo się tą wolnością nie nacieszy. Znaleziona martwa w mieszkaniu w otoczeniu substancji odurzających i towarzy-szących im strzykawek sugeruje, że mamusia chciała nadrobić stracony czas. I tu do akcji wkracza wszędobylska, irytu-jąca, bezczelna, ale i piekielnie inteligentna Zoja Sterlak, która od razu widzi blef oraz ściemę. Co się naprawdę wyda-rzyło i dlaczego nikogo rozwiązanie nie interesuje – to tylko punkt wyjścia do piętrowej intrygi, jaką serwuje nam łódzka autorka.
Białe Madonny – wsiadajcie do bryk sześciokonnych, ściokonnych
Powyższe odwołanie do Ewy Demarczyk i wykonywanego przez nią wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego nie jest przypadkowe. Podobnie, jak i kolor tytułowych madonn – imprezowe, niedojrzałe kobiety, których motorem napę-dowym pozostaje „maszerujący puder”. Ale trzeba przyznać – Płoszaj tworzy naprawdę mocną rzecz z mocnymi boha-terami, przywołując na myśl klasyczne „czarne kryminały”. I podobnie, jak w tych detektywistycznych powieściach noir, tak i w tej książce w zasadzie nikt nie jest pozytywną osobą. Tych postaci – zarówno ze strony policji, jak i z sze-roko rozumianego kręgu podejrzanych, nie da się lubić: są antypatyczni, podli, wyrachowani lub bezmyślnie histe-ryczni. A jednak kibicujemy i rozumiemy każdego bohatera z osobna. Wielka to sztuka tak stworzyć kalejdoskop osób tak, by nie trąciły fałszem. Płoszaj udaje się to znakomicie.
Trzeci bohater – Łódź
Jest i milczący bohater „Białych Madonn” – Łódź. W każdej książce autorki wyraźnie obecna, ze swoją dwoistością, nieoczywistością, wielobarwnością, odwołującą się zarówno do niezwykłej historii miasta, jak i prezentująca jego współczesne oblicze – w „Białych Madonnach” miasto trochę schodzi na dalszy plan, trochę przyczaja się i ustawia na miejscu obserwatora, który przygląda się działaniom swoich mieszkańców. Mimo tego, nie da się go pomylić z żadnym innym. I to też jest świetny kunszt autorki.
Warto. Dla miłośników współczesnych kryminałów oraz dla tych, którzy lubią akcję a niekoniecznie wielostronnicowe pogłębione portrety psychologiczne sekretarki zastępcy komendanta, będzie to idealna lektura. Bo „Białe Madonny” to solidna, mocna rzecz.
