Całe dwa lata panowie Sławomir Zajączkowski i Krzysztof Wyrzykowski kazali czekać na kontynuację całkiem udanej i przyjemnej „Ixbuniety„. Część pierwsza, o podtytule „Catalina” okazała się być ciekawą propozycją przesiąkniętą wywarem z oczek puszczanych do klasyków polskiego komiksu i doprawioną sznytem retro. Historia Kreolki Ixbuniety, owocu miłości majańskiej księżniczki i konkwistadora miała być rozpisana na trzy tomy. W moje ręce trafił właśnie drugi zeszyt. „Ixbunieta – serce dżungli”. Jak rozwija się historia?
Konkwistwa trwa
W pierwszym tomie poznaliśmy dzieciństwo Ixbuniety oraz okoliczności, w jakich wpakowała się w wyprawę wraz z konkwistadorami do dżungli. Wabieni chciwością i żądzą złota Hiszpanie prą przez busz i nie cofną się przed niczym, by osiagnąć cel. W poszukiwanie majańskich plemion i siedlisk wpakowuje się nasza bohaterka. Ixbunieta nie wzbudza zaufania, znając jezyk i obyczaje autochtonów jest podejrzewana o spiskowanie i sprzyjanie Indianom. Jest jednak również przydatna, co wcale nie oznacza, że jest niezbędna. W drużnie ma wrogów, którzy wykorzystają każdą okazję, by zmazać plamy na honorze pozostające jeszcze z pierwszego tomu i nie jest dla nich istotne, czy przy tym samemu zachowają się honorowo. Okazuje się bowiem, że w całej swej okazałości, majestacie i potędze, to nie dżungla stanowi największe zagrożenie dla Ixbuniety, tylko napędzana chciwością kompania.

Na przełaj, przez dżunglę
Jak już wspominałem przy okazji pierwszego tomu przygód Ixbuniety, tomy sa krótkie. Autorzy próbują upchnąć w te kilkadziesiat stron naprawdę sporo. Niesnaski panujace w drużynie, ukazać stosunek najeźdźców do autochtonów i wszystkich, którzy mają jakikolwiek inny sposób patrzenia na świat, niż oni sami. Pokazać kawałek dość podłego świata i równie podłej historii.
Zajączkowski i Wyrzykowski zwracają uwagę na rzeczy, które na szczęście należą już do historii, jak nierówne traktowanie czasrnoskórych tragarzy. Chcąc jednak opowiedzieć historię z tamtego okresu, nie sposób pominąć jej czarnych kart i wyprzeć się, że w czasach konkwisty i podboju Ameryk populacja Afryki była używana jako siła robocza i uprzedmiotowiona na ilości przemysłowe. Pomimo tego, że można by pójść w tych tematach na skróty, wykorzystać klisze i utarte schematy, to autorzy pozwalają sobie na dość wybór nieoczywistych ścieżki, które prowadzą ku ciekawych rozwiązań niektórych wątków. Jakże to ludzkie popełniać błędy czy zwyczajnie się bać. W tak prosty sposób można odejść od wizerunku prostaczka Kalego, który do głów wrył nam Sienkiewicz. Chwała autorom za to. To zawsze ciekawe przekonać się, że można odejść od sztampy czy spodziewanych rezultatów i nie tylko to przetrwać. Nawet wzbudzić ciekawość w czytelniku.

Ixbunieta – retro wyprawa w busz
„Ixbunieta” ponownie stanowi intrygującą ciekawostkę. Ponownie powtórzę, co pisałem przy okazji recenzowania tomu pierwszego, bo nie zmieniło się nic, ani o drobiazg. „Ixbunieta” została stworzona na modłę oldschoolowych pozycji choćby spod pióra Jerzego Wróblewskiego. Akcja, kadry i układ zdarzeń są mało dynamiczne, ale właśnie tak wyglądały komiksy trzydzieści i więcej lat temu. Całe to retro-wrażenie jest wzmacniane biało czarną kreską, świetnie oddającą ducha epoki. Pełnej szczegółów i drobiazgów i mocno przypominającej mi niektóre stare wydania komiksowe. Przy tym rysunki Wyrzykowskiego bardzo mi odpowiadają. Wielkie kadry są pełne drobiazgów i pozwalają na chwilę zawiesić oko cieszące się ich poszukiwaniami. Fajnie narysowane są też zwierzęta i wszelkie ozdobniki pokroju uzbrojenia, ubioru, czy trofeów. Wizualia pobudzają wyobraźnię, a to już bardzo dużo. Osobiście mnie to stylizywoanie się na oldschoo zupełnie nie przeszkadza – a nawet więcej – kupuję ten sztafarz, biorę jednak pod uwagę, że komuś może to nie leżeć, dlatego uczciwie o tym wspominam.
Z osobistej perspektywy muszę rzec, że „Ixbunieta” to porządny tytuł, który potrafi wciągnąć i oferuje kilka dodatkowych smaczków, które łatwo nie docenić. Wciąż żałuję, że autorzy zdecydowali się na wydanie opowieści w trzech częściach, bo jeśli cykl wydawniczy ma się powtórzyć, to widzę, że na finał będziemy czekać aż do 2028 roku. No ale trudno. A może marudzę, bo przemawia przeze mnie chęć zapoznania się z nim już teraz?
Jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie za i przeciw, to „Ixbunieta” jest na pewno tytułem, w którym argumenty „za” przeważają. Czy warto? Moim zdaniem tak. Lubię oldschool i dobrze się w nim czuję. Fajnie, że wciąż mogę znaleźć pozycje czytelnicze dla siebie.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Komiks i My

