Koniec wakacji zbliża się nieubłaganie, dlaczegóż by nie uprzyjemnić go sobie lekturą o zniszczonym świecie, upadłych krajach i kompletnym odczłowieczeniu? Z półki właśnie spadł Islander – tom 1 od wydawnictwa Non Stop Comics. I powiem Wam, że siedząc na leżaczku na bałtyckiej plaży nastawiłem się na dodatkowe wrażenia. Nie sposób bowiem przy takiej lekturze nie patrzeć na fale nieco inaczej.
Popkultura obfituje w opowieści katastroficzne wpływające szeroko w nurt postapokaliptycznych przedstawień upadających narodów, społeczeństw, a przede wszystkim – człowieczeństwa i kompletnego upadku w mroczną czeluść barbarzyństwa i okrucieństwa. Mad Max, Fallout, liczne historie o zombie. Można wymieniać i wymieniać. Przyczyny stojące za katastrofami bywają różne. Czasami ludzkość dziesiątkują kosmiczne katastrofy, innym razem choroby, broń biologiczna, lekarstwa, które zmieniają się w coś zupełnie odwrotnego czy katastrofy naturalne. Islander, Caryl Fereya i Corentina Rougue’a wpisuje się w ten ostatni nurt, ale jednocześnie wyróżnia się na tle popkulturalnego dorobku gatunku postapo.
Mamy tutaj opowieść o kilku wątkach. Profesor, próbujący dostać się na Islandię, która jako ostatnia zachowuje względne warunki do życia wynajmuje bezwzględnego zbira, który ma pomóc w dotarciu na wyspę. Jest też uciekinier Liam, który jest dość enigmatyczną postacią. Nie wiadomo przed czym i nie wiadomo dokąd prowadzi trasa jego ucieczki. Na samej Islandii śledzimy Erikę, która jako jedyna wśród swojej separatystycznej społeczności widzi konieczność współistnienia z sąsiadami, spadkobiercami poprzedniego rządu. Wszystko oczywiście odbywa się w malowniczej scenerii wulkanicznej wyspy i tragedii planety toczącej się naokoło. Nie jest również niespodzianką, że wątki bardzo szybko się splotą.

Islander – wiadomość z przyszłości?
Świat zniszczony jest przez postępującą degradację środowiska. Ludzkość oczywiście była świadoma cienkiej linii, na której balansowała i wiedziała, że jesteśmy na kursie kolizyjnym z katastrofą, ale różne polityczne siły zaprzeczające problemowi spowodowały, że nie zrobiliśmy nic, by tej katastrofie zapobiec. Ależ to brzmi znajmo. W Islanderze jednak, jest iskierka nadziei – i nie chcąc spojlerować, nie powiem nic więcej. Znamienne jednak jest to, że gdy tli się jeszcze nadzieja na to, by rozpocząć odbudowę, to jest ona deptana przez dalsze podziały społeczno-polityczne, ludzką głupotę, nieżyczliwość i brak empatii i zwykłe zezwierzęcenie. Bo jak to powiedział Joker u Nolana – ludzie, gdy tylko napotykają jakiś problem, są gotowi się zeżreć. Islander właśnie coś takiego pokazuje.
Brzmi to nieco przerażająco, ponieważ opisuje tu czasy tak nam dziwnie znajome. i w zasadzie jesli dobrze się tu przyjrzeć, to można by Islandera przedstawić, jako ostrzeżęnie przed całkiem możliwą i niedaleką przyszłością. Czy tak trudno sobie wyobrazić, że w przypadku ekologicznej hekatomby skaczemy sobie do gardeł za dokumenty, będziemy gotowi spuścić do morza rodziny z dziećmi, albo uprawiamy politykę, która ma na celu utrzymać kreski na mapie wyznaczające wyimaginowane, w zasadzie granice, wierząc, że problemy zostaną po jej drugiej stronie?
Islander ma w sobie to wszystko. To opowieść, która ciągnie wiele wątków, ale splatają się one na Islandii – krainnie, która otrzymała najmniej ciosów od natury. To stawia ją jako mekkę dla uchodźców, ale jednocześnie powoduje podział i ekstremalnie polaryzuje miejscowe społeczeństwo, doprowodzając je na krawędź wojny domowej. Choć zwaśnione, strony sa od siebie uzależnione, a pomimo tego nie potrafią znaleźć wspólnego jezyka.
Główny podział rysuje się na polu migracji – przyjmować i asymilować, czy też odrzucać czy wręcz eksterminować. W taki tygiel autorzy wrzucają bohaterów, którzy pchani różnymi aspiracjami, czy też koniecznościami mogą mieć przy sobie klucz do zbawienia, lub przynajmniej do początku naprawy. G Niektóre głowy rozochocone popuszczeniem zasad lub totalnym brakiem reguł jednak nie chcą pozwolić na to, by świat wrócił do równowagi. Jedni pielęgnują izolacjonizm i tworzą obozy koncentracyjne, inni dojrzewają do myśli odcięcia się od całego świata. Podczas lektur jesteśmy świadkami brudnych narodzin nowego porządku. Krótkowzroczne idee rodzą jednak krótkotrwałe rozwiazania i garstka ludzi postanawia rzucić wyzwanie temu nieludzkiemu światu. Islander to opowieść właśnie o takich straceńcach, którzy sprzeciwiają się nowemu ładowi.

Zabierz mnie na Islandię
Opowieść w Islanderze jest poprowadzona wyśmienicie. Czyta się to wybornie. To frankofon pełną gębą i to taki z tej górnej półki. Wszystko się doskonale zazębia i trzyma kupy, bohaterów łatwo polubić i się z nimi utożsamić. Są doskonałymi everymanami, którzy znaleźli się w bardzo nieprzyjemnym dla siebie czasie i miejscu. Reszta to trochę klisza (profesor, polityk) ale to bardzo przyjemnie wykorzystana klisza, która nic a nic nie przeszkadza. Obserwowanie ich, jak próbują przetrwać, a nawet zrobić coś wiecej, jest fascynujące i powoduje, że podróż po Islandii jest ze wszech miar atrakcyjna.
Nie można też przejść obojętnie obok kreski, która doskonale oddaje nastrój. Artysta operuje zimnymi barwami nie tylko po to, aby oddać mroźne i lodowe krajobrazy Islandii, czy chłodne tonie morza. Tutaj barwy pokazują też świat chylący się ku upadkowi. Zmierzch cywilizacji następuje w krzykach agonii ale i cichej śmierci oraz odgłosach kłótni przy mównicach parlamentarnych. To świat, w którym gorąca woda w prysznicu jawi się jako element olbrzymiego luksusu, a spotkane na rubieżach dzikie drapieżniki stanowią mniejsze zagrożenie niż ludzie. Fin de siecle na wysokich obrotach.
Nie będę ukrywał, ale też łatwo to wywnioskować, że Islander bardzo mi podpasował. Lektura wkręciła się niesamowicie i pomimo obiektywnych trudności z czasem, wchłonąłem go, i zrobił na mnie potworne wrażenie. Islander portretuje bezlitosny i bezduszny świat, który ma szanse na wygrzebanie się z dołka. Tylko naprawdę ciężko powiedzieć, czy z tej szansy skorzysta.
Werdykt:
Islander powinien się spodobać nie tylko pasjonatom tematów postapo czy opowieści katastroficznych, tudzież nawet maniakom światów opanowanych przez innego rodzaju globalne kłopoty. Przekazuje tak aktualną wiadomość, jak rzadko kiedy jakieś dzieło. Dodatkowo jest bardzo lekkostrawne i dostarcza sporej przyjemności podczas lektury. Bohaterów łatwo polubić i jeżeli w kolejnych tomach nie nastanie jakaś scenariuszowa katastrofa, to będziemy mieć niesamowicie dobrą serię, która dojrzale, dosadnie i niezmiernie ciekawie przekazuje jakże aktualne obawy i lęki przed niemal namacalną katastrofą.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Non Stop Comics
