Nie zapomnij do nas zajrzeć – >

Znacie historię o dwóch wilkach, które są w każdym z nas? Dobry i zły. Pytanie: który przetrwa? Ten, którego karmisz. Mind blown… Ale serio – pomijając, że na tym etapie to już klisza, to jednak jest w tym coś trafnego. Z drugiej strony niedaleko od tego powiedzenia do pseudoteorii afirmacyjnych typu youtubowego “jesteś zwycięzcą” i wymarz sobie bogactwo. Heh. To znów moje zgorzknienie – zatem do brzegu.
Sympatie ideologiczne głównego bohatera poznajemy bardzo szybko – w komiksie widzimy, jaka literatura go interesuje i w czym gustuje. Jemu jednak nie chodzi o uznanie wyższości jednych nad innymi. Przyznam, że przewróciłem oczami, jak doszedłem do tego fragmentu. Po prostu wyglądało to na typowy motyw, że gość jest zły, bo jest zły, więc wsadźmy go w najprostsze i najbardziej charakterystyczne ramy, dla uproszczenia. Jednak to co zdaje się być dla bohatera kuszące to twarda pięść przewodząca życiu i kult siły.

Każdy skądś pochodzi
W przedstawionej historii dowiemy się, skąd mogą wynikać tego typu poglądy, z jakich traum mogą się wywodzić. Przy okazji poprzedniego serialu Daredevil spotkałem się z krytyką zabiegu wyjaśniania “złych” postaci. Konkretnie ich wybielania przez pokazanie, że oni nie byli źli, tylko otoczenie takie było. Można się tak cofać z każdym kolejnym “źródłem zła”, choć przy takim redukcjonizmie w końcu faktycznie dojdziemy do stwierdzenia „zły, bo zły”.
Agresja rodzi agresję, a traumy rodzą traumy, ale też ogień zwalczaj ogniem. Jak wiadomo, na każdą okazję da się przypasować przysłowie czy powiedzenie. Bardzo ciekawym zabiegiem w Wycieczce do wariatkowa są cytaty z książek o psychiatrii. Pierwszy raz spotkałem się z komiksem, który posiada bibliografię (nie licząc najczęstszych odniesień do Biblii Tysiąclecia). Daje to efekt pozytywny, choć zawsze się nabieram przy filmach na informacje, że wydarzenia są na faktach. Automatycznie cząstka mnie uznaje to za dokument (niestety mam tak od czasów Blair Witch Project).
Nie wszystko jest oczywiste od ręki. Momentami miałem wrażenie, że historia idzie w stronę Shutter Island i większość z tego, co widzimy, nie jest prawdziwe. Pasowała też schizowa wersja Opowieści wigilijnej. Może jest to wszystkiego po trochu. Z pewnością każdy rozdział odkrywa kawałek całości i często zaskakuje.

Efekt Lucyfera i eksperyment Rosenhana
Środowisko ma ogromny wpływ na jednostkę – co jest wypieraną prawdą przez większość nowych rodziców. Filozoficznie można rzec, że zło jest w każdym z nas, miejsce normalnych jest w wariatkowie, a alternatywnie – że kości zostały rzucone. Wycieczka do wariatkowa lawiruje gdzieś pomiędzy, choć stwierdzam to, uwzględniając końcówkę. Nie zdradzę więcej – dodam jedynie, że moje brwi się mocno podniosły na ostatnich stronach. Choć momentów zaskoczenia, zdziwienia i zakłopotania pojawiało się po drodze sporo.
Ocena oprawy graficznej, to kwestia gustu jak zawsze. Nie sięgnąłbym po tę pozycję ze względu na grafikę. Próbowałem sobie wyobrazić, jakby to wyglądało, gdyby rysunkami zajął się Todd McFarlane albo Jim Lee. Co prawda nigdzie nie ma tu rysunków stóp, więc Rob Liefeld też by dał radę (mrug mrug). Z tego środowiska najbliżej byłoby Frankowi Millerowi – ale temu współczesnemu, który chyba trolluje zleceniodawców (przynajmniej wspominając Powrót Mrocznego Rycerza. Tom 3). Po przetrawieniu Wycieczki do wariatkowa stwierdzam, że ten styl pasował doskonale – zwłaszcza uwzględniając końcówkę.
Krótko mówiąc, nie żałuję czasu spędzonego z debiutem Pam Pam Liu. Jeśli mieliście już to w rękach – jak zrozumieliście ten krótki motyw japoński?
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Timof.
