Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Space Opery to gatunek niezmiernie pojemny, potrafiący zasysać i wykorzystywać wiele motywów. Dlatego dość istotnym elementem jest to, by nie przedobrzyć takiego dania. Zbyt wiele przypraw w jednym garnku może przyprawić o mdłości i sprawić, że danie stanie się niezjadliwe. Pandora Kamila Dukiewicza na pierwszy rzut oka cierpi na takie przedobrzenie. Na szczęście to wrażenie z czasem mija i na koniec spożywamy już bardzo pożywną potrawę.

Pandora – danie jednogarnkowe
Trafiamy zatem na Arrakis, znaczy Ferusa, pustynną planetę, na której trwa wojna pomiędzy autochtonami, a władzami Galaktycznego Imperium, to znaczy Protektoratem. Młody Kylo Ren, to znaczy Generał Gabriel dostaje zadanie by znaleźć uciekinierkę z Protektoratu, mającą w posiadaniu pewien niebezpieczny przedmiot. Artefakt ten okazuje się być wybawieniem dla uciemiężonego ludu Ferusa, którego toczą choroby i głód.
Oczywiście, trochę przesadzam, a bazowanie na klasykach i używanie wyświechtanych motywów samo w sobie nie jest złe, ale mam wrażenie, że początek Pandory jest tym przeładowany. Smoki, cybernetyczne kończyny, pojedynki na arenach, samurajowie, pustynne czerwie, rebelia przeciw Protektoratowi. Uff, jest tutaj tyle nawiązań, motywów, odwołań i wcale niezawoalowanych inspiracji, że kręci sie w głowie. Odniosłem uczucie przesytu i początkowego zagubienia, na który z elementów powinienem zwrócić większą uwagę. Nie do końca wyczułem ten misz-masz i dopiero później te elementy zaskoczyły i „kliknęły”. Odnoszę wrażenie, że Dukiewicz zbytnio rozciągnął wstęp poświęciwszy nieco zbyt dużo uwagi na rzeczy, które w kontekście tego tomu nie mają zbyt dużego znaczenia. Choć nie można wykluczyć, że kolejne odsłony Pandory uzasadnią wszystkie te elementy.
Kiedy już wszystko mi zaskoczyło, to popłynąłem z Pandorą. Rozwinięcie, zbyt długie jak na mój gust, prowadzi jednakowoż do całkiem przyjemnej akcji i rozpierduchy (która swoją drogą znów mi pachnie Gwiezdnymi Wojnami, ale to już szczegół). Bohaterki, które tak na marginesie na początku zlewały mi się w jedną postać i dopiero po kilku stronach zacząłem je rozróżniać, urządzają sobie akcje rodem z Mad Maxa, ze świstem kul, ryczącymi silnikami, pościgiem i ucieczką.

Zwycięska bramka w ostatnich minutach
Ten element gra już wyjątkowo dobrze. Dynamiczna akcja układa się wygodnie przed oczami, zastępując miejsce dłużyzn i przeciągniętych dialogów. Fabuła rozpędza się do wysokich obrotów i nie schodzi z nich już do końca. W moich oczach końcówka tomu pierwszego nie tylko pozwala nie spisywać Pandory na straty, ale ratuje ją z opresji. Spora dawka adrenaliny daje na tyle dużego kopa, że mój początkowy brak zaangażowania zamienia w lekturę wypalającą rumieńce na polikach.
I w zasadzie na tym można by było zakończyć. Wyrazić żal i ubolewanie, że autor postawił na przydługawy początek i rozciągnięcie tematów, i cieszyć się, że koniec końców Pandora jednak wskakuje na dobre tory. Muszę też jednak sam siebie sprowadzić na ziemię i zdać sobie sprawę, że nie mam pojęcia, na ile tomów jest planowana Pandora. Może ten zabieg uderzy mnie w potylicę po wydanych kolejnych tomach i spowoduje konieczność odszczekiwania. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Ale zawsze to miło, gdy trzeba odszczekiwać, bo coś nabrało wartości, a nie ją straciło.
Pomimo narzekania, to byłbym nieuczciwy, gdybym napisał, że Pandora jest komiksem słabym, czy oferującym kiepską opowieść. Tytuł Dukiewicza potrafi wciągnąć i wkręcić. Całkiem serio, jestem bardzo ciekaw jak potoczą się dalsze losy bohaterek. Pandora jest taka maszynką z niedotartym silnikiem. Dość długo się rozgrzewa, ale jak już się bujnie, to całkiem nieźle zasuwa. Życzę sobie i Wam, by na kolejnych etapach podróży nie zabrakło energii.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Kultura Gniewu.

