Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Metal. Kaiju. Enough said. (parafrazując klasyka – jeśli za klasyka uznamy tagline do sharknado). Dobrze podsumowuje to pierwsze wrażenia po wzięciu do ręki Murder Falcon.
W świat zbudowany przez D.W. Johnsona zostajemy wrzuceni na głęboką wodę. Od pierwszych stron widzimy siejącego zniszczenie w mieście potwora, przerastającego zdolność policji czy wojska do jego powstrzymania. W drugim narożniku pojawia się Jake, wjeżdżający w rockowej wersji VANa z Drużyny A oraz tytułowego Zabójczego Sokoła.
Murder Falcon to antropomorficzny, cybernetycznie rozszerzony sokół, którego umiejętność walki jest powiązania z grą na gitarzę Jake’a. Im potężniejsze riffy, tym mocniejszą przesyłkę dostarczy w pięściach Sokół. Kaiju, w świecie Jake’a, to tzw. Wedarzy pochodzący z innego wymiaru. Dla zakończenia walk i zamknięcia wyrwy do innego wymiaru, będzie potrzebny MacGuffin – w tym przypadku to ogromne kowadło, nad którym uruchomiony młot zapewni mityczny Łomot przeganiający zło.

Muzyka łagodzi obyczaje
Historia z początku pokazuje nam retrospekcje smutnych wydarzeń dotyczących Jake’a oraz jego żony, wyjaśniając w ten sposób rozpad zespołu. Brooticus to zespół znany na całym świecie – z resztą w rodzimym wydaniu od !Nagle znajdziemy okładki alternatywne stylizowane na prawdziwych albumach np. Judas Priest.
Nasi bohaterowie, zaczynają spotykać na swojej drodze kolejnych członków zespołu oraz inne osoby chcące pomóc w walce ze złem. Zło, z którym walczą – Magnum Chaos – to twór powstały z lęków, złości i niepewności. Z tego względu, dobrym sposobem na walkę jest muzyka, która przecież łagodzi obyczaje.
Czytając Murder Falcon, trudno nie odtwarzać w głowie gitarowego grania, choć opowieść kręci się nie tylko w okolicach rocka i metalu. Z początku czytania przyszła mi na myśl Metallica (Master of Puppets i Battery), później trochę Bloodywood z BabyMetal, a na końcowe walki proponuje wyszukać youtubowej składanki typu “violin metal”. Wśród stron znajdziemy również odniesienia do legendarnego Dio lub do Czasu Apokalipsy, gdzie “usłyszymy” Lot Walkirii Wagnera.
Murder Falcon mógłby być opowieścią niejednoznaczną, którą odbiorca potraktuje tylko jako odpowiednik Pacific Rim z muzycznym motywem lub podrąży głębiej szukając alegorii. Twórca nie zostawia tej potencjalnej dwuznaczności czytelnikowi. Pod koniec lektury zrodziło to u mnie skojarzenia z Jokerem z 2019 r. Todda Phillipsa – lecz po ostatnim rozdziale zostałem z zadowoleniem i wrażeniem kompletności historii.

Nadzieja umiera ostatnia
Scenarzysta stworzył historię z bardzo pozytywnym przesłaniem. Podsumowuje to najlepiej cytat z wywiadu z Jasonem Beckerem:
“Mam chwile smutku i mam ochotę się poddać, ale przeszedłem przecież tak daleko i myślę sobie, że chodzi o miłość, w tym miłość do życia. Tworzenie muzyki, poczucie celu oraz miłość i szacunek moich przyjaciół, fanów i rówieśników również są bardzo motywujące.”
Choć nie znalazłem takiej informacji, to podejrzewam, że postać tego gitarzysty mogła być jedną z inspiracji do stworzenia Murder Falcon.
Scenarzystą i zarazem rysownikiem jest Daniel Warren Johnson, który jest określany jako wschodząca gwiazda komiksu. Jego komiksy zarówno te autorskie jak i dotyczące postaci Marvelowych są doceniane i świetnie przyjmowane. Uważam, że dużym plusem jest taka sytuacja, w której twórca może dokładnie przelać swój pomysł zarówno tekstem jak i kadrami. D.W. Johnson nie ma “czystej” kreski (stereotypowej dla superhero), co uważam za zdecydowany atut, w przypadku takich historii. Pewnie Jim Lee również dałby radę ale wydaje się, że lepiej słychać kadry przy rysunkach Johnsona.
Ogólnie rzecz biorąc komiks ma jedną ogromą wadę – nie zrobiono jeszcze na jego podstawie animowanego serialu.

2 thoughts on “Murder Falcon – recenzja komiksu”