Felix the Cat – retro wspominki

Ale, że kto?

Felix – antropomorficzny kocur z białym pyszczkiem jest bohaterem animacji pod tym samym tytułem. Ów sympatyczny sierściuch jest właścicielem magicznej torby, która niczym róg obfitości może pomieścić co tylko sobie człowiek wymarzy, jak i sama może przybierać różne kształty, jakie właściciel wymyśli, żeby ułatwić sobie życie. Jak zwykle bywa w podobnych przypadkach, torbę tę upatrzyło kilku niegodziwców, którzy przy jej pomocy chcieliby podbić świat. Zdecydowana większość animacji o Feliksie opowiada o próbach odbioru owej torby, przez wspomniane czarne charaktery.

Na kanwie kreskówek z Feliksem w 1992 roku Hudson Soft wyprodukował na 8 bitowe platformy Nintendo grę o przygodach wesołego kota, a którą chciałbym tym artykułem powspominać.

“Felix the Cat” jest dwuwymiarową platformówką, która zasadami i mechaniką nie odbiega od tych, które zapoczątkowało słynne Super Mario Bros. Ale w bardzo ciekawy sposób je rozwija.

Zawsze jest jakaś księżniczka

Historia rozpoczyna się, gdy Felix odbiera telefon od złego Profesorka, który porwał jego oblubienicę i obiecuje ją wypuścić dopiero gdy kocur odda swoją magiczną torbę. Bohater oczywiście ani myśli ją oddawać, ale nie traci czasu i rusza na odsiecz przez 9 kolejnych krain pełnych wrogich stworzeń, kilku nieodzownych bossów, by na końcu stłuc Profesorka i uratować ukochaną Księżniczkę, to znaczy Kociczkę.

Owe 9 krain to przygody usiane po całym świecie a nawet poza nim. W pościgu po ukochaną zwiedzimy zielone łąki, egipskie grobowce, śnieżne góry, będziemy nurkować w głębinach oraz wzniesiemy się w przestworza, aż w końcu polecimy w kosmos.

Się skacze, się pływa…

Całą eskapadę spędzimy dążąc od lewej do prawej strony ekranu, skacząc po platformach, tłukąc wrogów, uważać by nie spaść do przepaści i najlepiej jeszcze jakby zebrać wszystkie możliwe znajdźki, które niczym u Mario dodadzą punktów, dadzą dodatkowe życie oraz, co najważniejsze mogą zwiększyć nasze moce bojowe!
Tak – to co wyróżnia grę z multum podobnych produkcji to powerupy, dzięki którym z pieszych wycieczek i uderzania wrogów pięścią, zmieniamy się w magika rozsypującego zabójcze gwiazdki dookoła siebie, a następnie wskakujemy w samochód “strzelający” sygnałem dźwiękowym, by na końcu zasiąść za sterami czołgu. W etapach powietrznych zaczynamy z parasolką, by skończyć je w samolocie, a pod wodą z samego stroju nurka nasz bohater ląduje w łódce podwodnej.

Felix the Cat posiada bardzo kolorową oprawę graficzną, która nawet po latach nie odrzuca od ekranu, udźwiękowienie nieco gorzej, ale uszu nie rani – ot typowe 8-bitowe piszczenie, które na tle innych gier z NESa nie wyróżnia się niczym szczególnym.

Mimo zdecydowanie mniejszej kultowości, z Felixem i padem spędziłem więcej czasu niż przy oryginalnych przygodach hydraulików, niedawno też uruchomiłem emulator, żeby nieco odświeżyć wspomnienia przed napisaniem tego artykułu i wiecie co? Znów się bardzo dobrze bawiłem!

Nie ma to jak uciąć komara na rybkach

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.