Clint Northwood – uznany za martwego – recenzja komiksu

Nie zapomnij do nas zajrzeć – > Facebook Logo Instagram Logo Spotify Logo

Jarosław Wojtasiński to autor komiksów znany ze swoich skłonności do westernu. Nic zatem dziwnego, że to jemu powierzono kontynuację przygód Binio Billa (którą recenzowaliśmy tutaj). Teraz Jarek daje upust swoim fascynacjom i miesza to z dużą dawką poczucia humoru i rubaszności, wydając własnym sumptem komiks Clint Northwood – uznany za martwego.

Zabity nie na śmierć

Pewnego spokojnego dnia na dzikim zachodzie jeden z grobów rozgrzebuje się i z trumny wstaje tytułowy rewolwerowiec. Udając się do pobliskiego miasta wzbudza żywiołowe reakcje, niezdrowe zainteresowanie saloonowych bywalców i szybko wymusza interwencję kościoła katolickiego. Szybko formuje się drużyna, która wyrusza w podróż, szukając odpowiedzi. Jak zginął Clint i dlaczego wrócił z krainy wiecznych łowów? To właśnie będą próbowali ustalić bohaterowie.

Nie będę rozpisywał się zbyt wiele o fabule, bo nie ma to zbyt wiele sensu. Pierwszy tom przygód Clinta Northwooda jest króciutki i naprawdę szybko się kończy. W zasadzie można to by było uznać za dość duży minus, bo podskórnie czuć, że autor i jego bohaterowie w wybranym formacie czują się nieco skrępowani. Historia nie zdąży się dobrze rozkręcić, by już wskoczyć na ostatnią stronę. Jednak pamiętając o tym, że jest to wydawnictwo prywatne, mające raczej służyć jako wybadanie gruntu pod kolejne części, to nie można i nie powinno się tego argumentu wyciągać. Wspominam o tym bardziej z żalu, że przygoda trwa tak krótko.

Clint Northwood

Clint Northwood i płonące konary

Clint Northwood jest pełen rubasznego humoru i obrazków balansujących momentami na granicy soft porno. Zbliżenia i odpowiednie kadrowanie, podkreślanie krągłości, ukazywanie wyraźnie płonących konarów pod ciuchami, sceny seksu oralnego i nieustanne żarciki wiecznie niewyżytych postaci, które rozwiązując zagadkę śmierci Clinta jednocześnie wodzeni są na pokuszenie przyjemności cielesnych. Nie jest to jednak nigdy niesmaczne. To efekt zanurzenia komiksu w najntisowym sztafażu, który może i jest niedzisiejszy. Ale z drugiej strony, może i czasami go brakuje. No cóż, Clint Northwood zapewne nie wszystkim przypadnie do gustu, ale okładka uczciwie ostrzega o niebezpieczeństwach czyhających wewnątrz.

Zastanawiałem się, czy Clint Northwood nie zyskałby, gdyby nie zaprezentować go w kolorze. Zdając sobie oczywiście sprawę z dodatkowego nakładu czasu i środków na dołożenie barw myślałem, czy przygody martwego rewolwerowca nie wyszłyby lepiej gdyby jednak udało się ten czas i środki wygospodarować. Doszedłem jednak do wniosku, że biel i czerń bardzo dobrze tu pasują, podkreślając osobliwe okoliczności i bardzo pokręconą wersję dzikiego zachodu. Wydawnictwo jest krótkie, z zinowym zacięciem i dzięki temu ma swój urok. Kreska jest świetna, trochę Binio Billowa, trochę zdeformowana. Jaro wyrabia sobie kreskę i renomę wspomnianym Binio Billem, znanym z Aktu Wild Billem i kilkoma innymi tytułami. Clint Northwood jest widocznym rozwinięciem warsztatu.

Clint Northwood

Po drugiej stronie Rio Grande

Jak już wspomniałem, historia leci trochę na łeb, na szyję (potrafiąc doprowadzić teksty w chmurkach do drobnych potknięć językowych), ale z drugiej strony masa niedopowiedzeń sprawia, że Clint Northwood zyskuje drugi plan, który czytelnik na razie musi sobie sam zapełniać. Nie wiem czy to wymuszone, czy zaplanowane zagranie, ale to działa to nieźle i buduje uczucie oczekiwania na kontynuację.

Jarek Wojtasiński wydając własnym sumptem taki komiks trochę igra z ogniem. Pomimo ostrzeżeń na okładce boomerski humor i nieco podwórkowe rajcowanie się organami rozrodczymi płci obojga może faktycznie nie przypaść wszystkim do gustu, ale też należy pamiętać, że Clint Northwood nie jest do wszystkich skierowany. Stare dziady, które pamiętają licealne historyjki rysowane na ostatnich kartkach zeszytu od historii uśmiechną się nie raz i nie dwa. Pamiętajmy też, że autor posiada niebywałą umiejętność bezpiecznego balansowania, co udowodnił już swoją kontynuacją przygód Binio Billa. Nadal w siodle stanowiło świetny amalgamat nowinek wstrzykiwanych w dzieło obchodzące się z ekstremalnym szacunkiem do wiekowego już oryginału.

Myślę, że na Clinta Northwooda łatwiej będzie spojrzeć po co najmniej kilku tomach tej opowieści. Uznany za martwego ma swoje małe niedoróbki, zapewne spowodowane małą objętością, ale rodzi apetyt na coś więcej. Pozostawione furtki na zwariowane i pokręcone rozwiązania pozwalają wierzyć, że coś odjechanego i jadącego po bandzie czeka już za rogiem. A z dobrze poinformowanych źródeł wiemy, że tom drugi już, dzięki Bogu, powstaje. Czekam z niecierpliwością.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *