Nie zapomnij do nas zajrzeć – >

Upłynął równo rok odkąd w łapki schwyciliśmy pierwszą część przygód Clinta Northwooda – rewolwerowca, który z niewyjaśnionych przyczyn powraca do życia. Próbując rozwikłać zagadkę swojego zmartwychwstania natrafia na całkiem pokręconą menażerię. Ostatecznie łączy swoje siły z panią do towarzystwa o zgrabnym i powabnym imieniu Adel oraz pewnym pastorem i wyrusza na poszukiwanie wyjaśnień swojego stanu. No i zaczyna się przygoda – z mrocznymi mocami oraz magią Indian w tle, a poza tłem mnóstwem negliżu i głupawych postaci czy sytuacyjnych gagów oraz popkulturowych nawiązań.
Clint Northwood idzie po swoje
Jarek Wojtasiński fanem westernów i komedii pokroju „Nagiej Broni” jest, i to wiadomo nie od dziś. W Clincie Northwoodzie popuszcza lejce i jedzie nawet nie starajać się trzymać czegokolwiek. Czuje temat i historia o nie do końca martwym rewolwerowcu niesamowicie mu leży. Czytając łatwo zauważyć, jaką frajdę sprawia mu snucie opowieści z dzikiego, martwego i półnagiego zachodu. Ilości odniesień do popkulturowych klasyków są spore i wplatane są z niesamowitą lekkością. Tak jakby te elementy przychodziły autorowi niczym oddychanie. Spotykamy się tu z ogromną dozą naturalności i łatwości w upychaniu tych detali.
Nie mogę jendakowoż oprzeć się wrażeniu, które miałem już przy pierwszym zeszycie. Siłą Clinta Northwooda nie jest bezkompromisowość czy pewna obrazoburczość tudzież trwanie przy wymarłym (niestety) humorze z lat 90-tych a’la twórczość braci Zucker i ich Nagiej Broni. Clint broni się przede wszystkim pewną lekkością i nieskrępowaniem. Tu wszystko jest dozwolone i nie istnieje pojęcie świętości. Przed lufy rewolwerów Clinta może trafić wszystko i wszyscy – od kościółkowatych hipokrytów po świętoszków bez habitów. Jest to ten rodzaj radosnej twórczości, którą kiedyś wielu z nas uprawiało w zeszytach szkolnych albo cieszyło się w pierwszych nowożytnych magazynach komiksowych, z tą jednak różnicą, że z kreską Jarka Wojtasińskiego niewielu może się zmierzyć i dorowónać (mówię oczywiście w kontekście prac w zeszytach). Rysunki są typowe dla ręki Jarka – komiksowe, wyraźne i radosne, a także pełne szczegółów (szczególnie w przypadku żeńskiej anatomii).

Czwarta ściana wyburzona
Tak samo zreszta charakterystyczne jest tu przełamywanie czwartej ściany. Wojtasiński zatem bierze w swoje obroty warsztat nie tylko Jerzego Wróblewskiego, ale i Tadeusza Baranowskiego. Tak jak pisałem, przy okazji recenzji pierwszego zeszytu przygód Clinta Northwooda – komiks Wojtasińskiego jest miksturą wielu elementów i drugi zeszyt tego nie zmienia. Przynosi ze sobą taki sam – uczciwie obiecywany na okładce, boomerski humor, goliznę, rubaszne wstawki i teksty. Cierpi również na tą samą dolegliwość, a mianowicie długość (a w zasadzie krótkość) całości. Zeszyt, jak to zeszyt – nie jest zbyt opasły, a całość może powodować uczucie niedostatku, ale to tylko pokazuje, że Clint Northwood się rozgaszcza w czytelniczej świadomości. Clint Northwood w zasadzie nie rozpieszcza jedynie pod względem objętości. Ale to w sumie nie powinno być zaskoczeniem, mając na uwadze model dystrybucji i nakład pracy, którą włożył autor. Po lekturze chcesz więcej i żałujesz, że na tom 3 musisz czekać, pewnie znów rok. Ale wiadomo – kochasz, to poczekasz.
Relikt przeszłości
Czy Clint Northwood jest opowieścią reliktową? Pewnie tak. Rzeczona golizna, sprośny humor, prostolinijność i głupawe teksty erotomanów gawędziarzy jawią się jako pieśń zamierzchłych czasów. Z drugiej strony takich rzeczy trochę jednak brakuje. Nieskrępowanych, radosnych, sprawiajacych frajdę, czasem. Odskoczni od tematów ważnych i poważnych. Nie wszystko musi być dla wszystkich i nie wszystko musi traktować o rzeczach wzniosłych, doprowadzać do refleksji czy powodować katharsis. Nie można doprowadzić do tego, że przy całej głębi unika też dobra zabawa. Clint Northwood nie ma być niczym więcej i nie udaje niczego innego niż jest. Nieumarłym rewolwerowcem w krainie golizny, rubaszności, głupawego humoru. I opowieścią wyłącznie dla dorosłych, których bawi czarny i oldschoolowy humor. I dla tych,którzy nie przejmują się, że zostaną nazwani stulejarzami albo gorzej.
Clint Northwood jest również ciekawostką, pokazuje bowiem siłę niezależnego wydawnictwa. Jarek Wojtasiński mówił o tym, ile wydanie komiksu kosztuje stresu i pieniędzy, ale z drugiej strony, dzięki temu chyba czuje się spełniony jako twórca i ma tę dozę wolności, by narysować wszystkie cycki jakie mu się tylko zamarzą.
Starewilki są patronem medialnym komiksu.

