Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Różanna, Uprząż i Młyn oraz inne historie to komiks o własnej tożsamości kulturowej. W pierwszej kolejności samego autora – Jeffersona Costy. Ale czy na pewno tak odległej jak nam się wydaje? To także zbiór historii opowiadających o kraju, z którego autor się wywodzi. Podane w dość osobliwym stylu.

Artystyczny ład
Z kart komiksu wylewa się unikatowy klimat życia na prowincji południowej Ameryki ubiegłego wieku. Gdzie Jefferson Costa nienachalnie opowiada kawałek historii Brazylii. Mimo pozornie prostej kreski komiks dostarcza zaskakująco dużo kontekstu i detali. Muszę przyznać, że zazwyczaj nie jestem fanem tego typu kreski i mocno artystycznych wizji. Mimo to Różanna… ma w sobie to coś co absorbuje. I grafiki trochę kojarzyły mi się z pracami Mike-a Mignoli.
Ewidentnie oprawa nie jest najsilniejszym atutem albumu. Ale tylko jeśli ocenia się ją na sucho, jedynkę kartkując komiks. Bo w połączeniu z dialogami i historią zyskuje na atrakcyjności. A gdy już przy tych ostatnich jesteśmy to nie mamy tu do czynienia z prostym przekładem na rodzimy język. Różanna, Uprząż i Młyn wymaga z początku przyzwyczajenia się do specyficznego języka. Tłumacz miał nie lada zadanie by uchwycić ducha oryginału. Otóż komiks jest wypełniony po brzegi nieistniejącymi słowami. Te mocno bazują na fonetyce i jako tłumaczenie powstały na wzór mieszanki mowy potocznej ze staropolskimi wyrażeniami. Co z początku potrafi dezorientować. Jednak znaczenia poszczególnych słów szybko się uczymy.
Dialekt jakim posługują się bohaterowie komiksu to nie jedyny czynnik, przez który można stracić rozeznanie w tym co i gdzie się dzieje. Otóż fabuła nie jest prowadzona liniowo. Bywa, że o przeskokach w czasie dowiadujemy się wprost z daty na jednym z kadrów. Innym razem trzeba szukać podpowiedzi w kadrach. Albo wiążąc postacie z konkretnymi wydarzeniami. I podobnie jak w przypadku dialogów, trzeba tego się nieco nauczyć i przywyknąć. Bo opowieść przypomina pozszywany z wielu łat koc.

W gruncie rzeczy prosta historia
Jefferson Costa snuje historię dwóch rodzin. Co chwilę powraca do różnych momentów z przeszłości bohaterów, ich dramatów, pragnień oraz codziennego życia. Autor w gruncie rzeczy tworzy pewnego rodzaju hołd i stawia komiksowy pomnik swoim przodkom. Jednak by w pełni odszyfrować tą na wskroś osobistą powieść, musimy się wysilić. Choćby taki początek komiksu gdzie niemal co dwie strony autor przeskakuje między różnymi liniami czasowymi to w przód to w tył. Bez ostrzeżenia. Sam byłem w stanie to wyłapać dopiero po lekturze komiksu, gdy wróciłem ponownie do pierwszych stron.
Różanna, Uprząż i Młyn nie jest dla każdego. Spory próg wejścia oznacza, że część osób może się od komiksu odbić. Mi fabułę przyszło docenić przy drugiej lekturze. Bo w gruncie rzeczy album opowiada dość mocną historię o prostych ludziach, miłości i przeciwnościach losu z jakimi się mierzą. A przy tym wydaje się autentyczny i szczery. Zdecydowanie unikalny komiks.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Timof Comics.
