To był najlepszy koniec świata Kultura Gniewu okładka

To był najlepszy koniec świata – recenzja komiksu

Do głosu zaczynają dochodzić coraz młodsi artyści i autorzy, co bardzo cieszy. To niezmiernie intrygujące poznawać spojrzenie nie tylko przeszłych pokoleń, ale już i przyszłych. Jednym z tematów, który zaczął niedawno się przewijać przez wszelakie tapety jest spojrzenie na czasy, w których rodzili się i dojrzewali – lata 90-te. Akurat w moim przypadku przypadało to na okres dojrzewania i stawanie się nastolatkiem. Jednym z takich tytułów jest To był najlepszy koniec świata Natalii Legutko. I nie wiem czy jest to najlepsza opowieść o dorastaniu w epoce przemian ustrojowych, ale przyznaję, że jest piekielnie dobra.

Odgrzebane wspomnienia

Zacznę trochę dla siebie nietypowo, bo od formy komiksu. To był najlepszy koniec świata jest skonstruowany z luźno ze sobą powiązanych kadrów. Czasami kompozycja strony, składająca się z lewitujących obrazków stanowi cały kadr. Czytając, miałem dziwne wrażenie, że mam do czynienia ze scenopisem do filmu na Youtube albo zlepkiem kilkunastu rolek. Tworząc niczym tablice z hieroglifami pochodzące z Doliny Królów, autorka jakby sugerowała przez to, że mamy do czynienia z historią niemal antyczną, ale próbującą się wcisnąć w torowisko nowoczesnego przekazu. Dodam, że obserwując swoje dzieci zdaję sobie sprawę, że okres schyłku XX wieku jawi się jak prehistoria, choć sam doskonale ją pamiętam. Dziwne uczucie i mam wrażenie, że świadomie lub nie, autorka doskonale to wychwytuje i umieszcza w ramach opowieści graficznej.

To był najlepszy koniec świata Kultura Gniewu strona

Autorka miesza tu niepokojącą globalną prognozę niepogody wymoczoną w informacyjnym szumie i przepuszcza ją przez swój własny, osobisty filtr, osadzając siebie w roli głównej bohaterki, dziecka urodzonego na początku najntisów. Młody umysł otrzymuje potężne ilości informacji i odcedza te, które są istotne dlań i jej otoczenia czy najbliższych, często już przepuszczone przez rodzinę. Autorka sięga bowiem dalej, podejmuje próby znalezienia punktów zaczepienia w swoich korzeniach oraz zrozumienia świata otaczającego swoich rodziców, dziadków, pradziadów i dalej. A im dalej tym informacje są bardziej rozmyte, odległe i mniej dotykają jej teraźniejszość, pozostając jedynie jedynie ciekawostkami historycznymi. Jakaś wojna, jakaś emigracja, jakieś wykształcenie, jakieś zakłady, jakiś stan wojenny. To wszystko jest również poddawane odwirowaniu w nowej rzeczywistości, nieznanej przecież wcześniejszym pokoleniom. Medialna miazga, która nas otaczała i ukształtowała – muzyka, reklamy, filmy, popkultura przeplatały się z popkulturą, polityką i niespotykaną ilością nowych bodźców. A to jeszcze przed erą Internetu. Narracja wyrusza z najwyższego, globalnego pułapu, ale też jednocześnie z samego dołu, kierując się ku nieokreślonemu środkowi. Trzeba bowiem pamiętać, że wszystko dzieje się z perspektywy małego dziecka, które najbardziej na świecie, pełnym tego zgiełku pragnie mieć psa. Przyznaję, że zabieg okazał się intrygujący i zagrało to całkiem fajnie.

Choć forma hieroglificzna (przyjmę tu swoją interpretację, która nie ma absolutnie żadnych negatywnych konotacji i jak ktoś będzie próbował wmówić mi coś innego, będę gryzł jak Bajbus) jest czytelna i nowatorska oraz lekko awangardowa, to również nie należy jednocześnie do najłatwiejszych rzeczy do strawienia. Niektóre kadry posiadają sporą ilość tekstu, w który trzeba się wczytać. Ale czy warto wyjść ze swojej czytelniczej strefy komfortu? Absolutnie tak.

To był najlepszy koniec świata Kultura Gniewu strona

Do samego końca opowieści, swojego lub jej.

To był najlepszy koniec świata to mądra opowieść o zagubieniu dziecka, które doświadczyło na własnej skórze przemian. Dla dzieci świat pozostaje wielkim odkrywaniem i wielką tajemnica. Ale świat, który sam jest zagubiony powoduje jeszcze większe problemy poznawcze. Szczególnie, gdy przewodnicy po tym świecie są sami zagubieni jak pijane dzieci we mgle. Ciężko jest stać jedną nogą w odleglej przeszłości i jedocześnie w kompletnie zamglonej i niepewnej przyszłości, w której każdy krok może skutkować runięciem w przepaść.

Paradoksalnie, dzięki komiksowi Legutko dużo zrozumiałem z tego, jak wychowali nas rodzice i przypomniałem sobie jaka rzeczywistość budowała moje dziecięce wyobrażenie o świecie. Dzięki temu tytułowi łatwiej jest mi pojąć skąd w moim pokoleniu tylu idealistów, ale też i osób pozbawionych złudzeń czy wręcz cyników. Wszyscy bowiem, mniej lub bardziej, zawiedliśmy się na świecie, który, równie paradoksalnie, teraz sprawia wrażenie bycia w jeszcze bardziej opłakanym stanie niż przed 30 laty. Też jest duża niepewność, w którym kierunku spoglądać i gdzie podążać, by być bezpiecznym.

Gdyby To był najlepszy koniec świata miał powstać za jakieś 20-30 lat, to jestem ciekaw, jakiego rodzaju informacje i w jaki z nich kolaż ułożyliby urodzeni w ostatnich 5 latach. Mam wrażenie, że dużo szybciej byliby odarci ze złudzeń i nadziei. Bo jako dzisiejszy rodzic widzę sporo analogii pomiędzy najntisami, a rokiem bieżącym, AD 2026. Rewolucje AI zmieniają rynek pracy, wpływają na procesy twórcze i prawa autorskie. Kretyni siedzący na tronach upadających imperiów zmieniają granice, nie tylko geograficzne, ale społeczne i moralne. Powodują rosnące rozwarstwienie pomiędzy bogatymi i biednymi. Tak, nie jestem optymistą. Ale dzieła takie jak To był najlepszy koniec świata pozwalają zrozumieć, jak zostaliśmy skonstruowani. One nie szukają rozwiązań, nie oceniają i nie sądzą. Szukają zrozumienia.

To bardzo mądra pozycja, z którą absolutnie warto spędzić czas. Tak bardzo się cieszę, że młodsze roczniki też mogą nauczyć czegoś takich staruchów jak ja i pootwierać im oczy czy przypomnieć o kilku sprawach. Nawet nadać im sensu. Dziękuję.

Polecamy do lektury

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *