star venture

Star Venture – recenzja komiksu

Nie zapomnij do nas zajrzeć – > Facebook Logo Instagram Logo Spotify Logo

Ziemia… jedyna planeta w całym wszechświecie na której zdolne było rozwinąć się życie. Koszmar  ufologów i marzycieli, że gdzieś tam istnieją inne światy. Ale ale! Kto powiedział, że Ziemi może być tylko jedna sztuka?

Star Venture – przez zdrapkę do gwiazd

Oto Virlandil – prosty chłopak bez ambicji, za to z ogromnym marzeniem! Dorobić się! Szybko i prosto.
A jak już się odkryje sposób na to jak zarobić i się nie narobić to się pomyśli co dalej zrobić ze swoim życiem. Cóż: Złośliwy los zechciał mu nie sprzyjać, czy to kolejna zdrapka, czy przegrana w kasynie. Do tego rodzic wciąż porównuje go do pracowitego brata nie pozwalając być sobą. Pewnego dnia Virlandil przegrywając kolejne pieniądze w kasynie poznaje dziwnego pijaczka, który daje mu pewien adres, obiecując szybką, łatwą kasę. Chłopak raczej nie wierzy w taki splot okoliczności, ale wiedziony ciekawością pojawia się na miejscu, gdzie zostaje zaproszony do żółtej taksówki. Po krótkiej wyprawie przez… kilka światów trafiają na lądowisko promu kosmicznego.

star venture

Autostopem przez galaktykę

Bohater wraz z wieloma innymi podobnymi mu szczęśliwcami zostaje poddany dezynfekcji, przebrany w uniform firmy o nazwie S. T. A. R. CO i zaproszony na ucztę powitalną. Po czym cała rebiata ma się udać na inną Ziemię (bo tych przecież jest całe multum) i rozpocząć tam lekką, łatwą i przyjemną robotę. Jak przyzwyczaiło nas jednak wiele kulturalnych dzieł coś poszło nie tak. A winnym jest nie kto inny jak Virlandil. Całkiem niechcący zniszczył cały prom, samemu szczęśliwie lądując twardo, ale bezpiecznie na powierzchni jakiejś planety. A to dopiero początek jego pełnej absurdalnych perypetii przygody! Największe i najgorsze niespodzianki spotkają go dopiero gdy trafi do miasta. Niby to cyberpunkowej utopii, kontrolowanej przez tutejszą policję wspomaganą wszędobylskimi robotami.

star venture

Z deszczu pod rynnę

Szkielet historii jest dość sztampowy: Na pewno kojarzycie ten zagrany do granic możliwości scenariusz, kiedy fajtłapa pakuje się w tarapaty, a próbując z nich wykaraskać brnie w jeszcze większe. Zawsze jednak lądując na cztery łapy, choć ta kulka śnieżna wywołała już lawinę. Pomimo zjechanej kliszy, gdy koncept jest dobry to chce się chłonąć go więcej. W przypadku Star Venture chce się śledzić co też autorka przygotowała dla bohatera, gdy wyciąga go z jednej pułapki pchając w macki kolejnej. 

Komiks Katarzyny Kubasik to międzywymiarowa tragikomedia pełną gębą. Kadry wypełnione są absurdalnym humorem niczym z Monty Pythona, podlane orwellowskim sosem w klimacie przygód Ambrożego Kleksa w kosmosie. Ale to też nie są jedyne mrugnięcia okiem do czytelnika. Fan fantastyki naukowej odnajdzie się tutaj jak w domu.

star venture

Star Venture jest w kolorach pastelowych

Kubasik ma idealnie dobraną pode mnie kreskę! Karykaturalna i podlana żywymi, pastelowymi kolorami. Nie bijcie! Ale podchodzi mi to trochę Tadeuszem Baranowskim, trochę Papciem Chmielem pod względem ogólnej estetyki. Całość pachnie także lekko klimatem plakatów propagandowych epoki słusznie minionej. Oraz orzeźwieniem tym co się działo faktycznie poza chwalącymi system obrazkami.

Star Venture czytało mi się bardzo fajnie, raz po raz uśmiechając pod nosem widząc jakie kamyczki do lawiny zdarzeń dokłada bohater, z szarego chłopaczka stając się wrogiem publicznym numer 1, a on chciał tylko szybko i łatwo kasę zarobić! I choć może ambicji mu brakuje, to nadrabia to cwaniactwem i kombinacjami, które potrafią zakłopotać i ludzi i maszyny.

Pani Katarzyno! Chapeau Bas! Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy!

za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Kurc

Polecamy do lektury

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *