Steel Seed – recenzja Xbox Series X/S

Nie zapomnij do nas zajrzeć – > Facebook Logo Instagram Logo Spotify Logo

Zoe ocknęła się ze snu, przed sobą widzi dziwne maszynerie i swojego ojca. Niestety usypia znów… Budzi się ponownie. Ojca już nie ma w pobliżu, zamiast niego nad nią lewituje jakiś dron. Zaś ona z pewnym przerażeniem odkrywa, że jej ciało to metalowa powłoka pełna kabelków i siłowników. Z również niemałym zdziwieniem stwierdza, że rozumie co dron do niej pipczy. Z pewnym wahaniem podnosi się z łoża z jedną konkretną myślą: Muszę odszukać ojca!

Steel Seed – Lara Ghostrunner w cieniu kolosów

Początki w Steel Seed nie są łatwe dla protagonistki. Co to za miejsce? Gdzie są wszyscy ludzie z ojcem na czele? Czemu w zasadzie została obudzona w tym konkretnym miejscu i czasie? Fabuła nie jest zbytnio wciągająca. Stanowi jedynie pretekst, by wyruszyć w nieznany świat. Dopiero w trakcie gry zaczniemy dostawać odpowiedzi na nurtujące pytania. Jednakże zanim zostaną odkryte wszystkie karty, graczy czeka kilkugodzinna podróż przez monumentalny, mechaniczny kompleks, w którym niemal wszystko i wszyscy będą chcieli tylko śmierci Zoe.

Steel Seed

Platformą…

Podróż widzianą z perspektywy trzeciej osoby podzielono na dwie zasadnicze części. Zręcznościowa:
W Której Zoe będzie skakać po platformach unikając pułapek oraz pływać wodną deskorolką po oceanie ropy. Część zręcznościowa będzie wymagać również lekkiego kombinowania. Zazwyczaj trzeba przejąć kontrolę nad Kobym: Dronem, który towarzyszy nam przez całą przygodę, i uruchomić odpowiednie przełączniki poukrywane po mapie. To również w tej części gry będziemy odkrywać meandry fabularne, pobierając dane z komputerów umieszczonych w mniej bądź bardziej dostępnych miejscach.

… i mieczem

Drugim elementem Steel Seed są walki ze zrobotyzowaną armią AI. Porozstawiani po killroomach roboci przeciwnicy zazwyczaj chronią dostępu do ważnego przycisku, albo są po prostu przystankiem w dalszej podróży.

Walczyć można otwarcie, jednak Zoe nie jest aż tak twardą babką, która łatwo rozmontuje wrogów, po czym zapali papierosa i pójdzie dalej. Zdecydowanie preferowane podejście to zakradanie się do przeciwnika i cicha eliminacja.

W takim podejściu pomogą elementy otoczenia, jak na przykład pole glitchym, w którym bohaterka jest niewidoczna. Pomocnym bywa również Koby. Po przejęciu sterów nad dronem można oznaczyć każdego wrażego robota, by mieć wgląd gdzie się właśnie przemieszcza, bądź czy nie został zaalarmowany. 

Koby to również dobrze uzbrojony gagatek. Oprócz podstawowego działka, którym nie zrobi wiele krzywdy, ale już wybuchowa beczka, w którą strzeli jak najbardziej. Posiada także do odblokowania szereg innowacji. Zarówno ofensywnych jak miny, które krzywdę już zrobią, jak i pomocnych w walce, jak na przykład pole glitchowe, w którym Zoe niezauważona może zasadzić się na przeciwnika.

Oczywiście! Można wyjść niczym koleżanka Rambo do otwartej walki, ale wtedy na przeciwnika trzeba oddać więcej niż jeden cios mieczem, a i oni widząc co się dzieje będą korzystać ze swoich umiejętności typu wielka tarcza i niewidzialność, co bardzo komplikuje bitwy. A gdy na planszy jest zdecydowana przewaga wrogich jednostek taka opcja jest zdecydowanie nie polecana!

Zazwyczaj w okolicy przejścia z etapu zręcznościowego do killroomu znajduje się punkt, w którym można zapisać grę, odnowić zdrowie i kupić dodatkowe umiejętności dla Zoe bądź Koby’ego.

Niestety Steel Seed nie oferuje możliwości zapisu gry w dowolnym momencie. Dodatkowo należy mieć w pamięci, że gdy Zoe będzie się ratować ucieczką do takiego punktu by się uleczyć, wszyscy pokonani wrogowie również wrócą cali i zdrowi na swoje miejsce.

Steel Seed

Monumentalne piękno

Steel Seed: Graficznie produkcja studia Storm in a Teacup jest bardzo dobra. Mechaniczny świat gry jest naprawdę monumentalny i robi ogromne wrażenie. Mimo akcji w zamkniętym kompleksie jak okiem sięgnąć, gracz czuje się maleńki i przytłoczony ogromnymi przestrzeniami, które ktoś lub coś zbudowało. 

Zdarzają się pewne problemy z pracą kamery, zwłaszcza gdy postać Zoe stoi pod ścianą, ale na szczęście to dość sporadyczne przypadki, choć niekiedy mogą stanowić o być albo nie być protagonistki.

Oprawa dźwiękowa dorównuje grafice, mroczna melodia towarzyszy całej podróży wzmagając poczucie bycia maleńkim pyłem w ogromnej maszynerii.

Steel Seed

Skradany Ghostrunner

Steel Seed to bardzo udana gra, zdecydowanie nie jest to produkcja dla ludzi ceniących spokój i prostotę. Zginąć jest tu bardzo łatwo, a konieczność powtarzania całych sekwencji potrafi zirytować. Ale gdy już się pokona dany etap to satysfakcja jest ogromna. Łapałem się kilkukrotnie na wyłączaniu gry, by za chwilę włączyć ją od nowa i tym razem z powodzeniem wyczyścić pomieszczenie z przeciwników.

Pierwsze wrażenie jakie miałem, i chodziło ono za mną aż do końca to Ghostrunner. Tylko w konwencji skradanki! 

Ja się bawiłem doskonale i zdecydowanie polecam!

Za kod recenzencki dziękujemy agencji bettergaming.pro

Plusy

  • Pomysł na rozgrywkę
  • Wykreowany świat
  • Oprawa graficzna
  • Ciekawe walki

Minusy

  • Brak możliwości zapisu gry w dowolnym momencie
  • Pretekstowa fabuła
  • Drobne błędy w pracy kamery
Steel Seed
Steel Seed

1 thought on “Steel Seed – recenzja Xbox Series X/S”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *