Nie zapomnij do nas zajrzeć – >
![]()
Na nostalgii da się sprzedać wiele. W zalewie wszelkim remaków i remasterów Captain Blood jest jednak nieco bardziej wyjątkowy. Oto bowiem gra, zapowiedziana jeszcze w 2003 roku pod innym tytułem. Kilka lat później, już skończona, nie wylądowała jednak na półkach sklepowych ze względu na problemy prawne między developerem, a wydawcą. Po latach za sprawą Seawolf Studio możemy cofnąć się w czasie i przypomnieć jak to drzewiej się grało. A to za sprawą wydania, które poza faktem działaniem na obecnych platformach, niczym komar w bursztynie, oferuje doznania nieskażone usprawnieniami ostatnich lat.

Wspomnień czar
Captain Blood to powrót do przeszłości z dobrodziejstwem inwentarza tamtych lat. Oto mamy grę akcji w pirackich klimatach XVII-wiecznej Hiszpanii. To prawdziwy skansen ery siódmej generacji konsol. Wracają choćby znienawidzone quick time event gdzie trzeba klepać jeden przycisk przez kilkanaście sekund by np. otworzyć przejście. Powtarzanie całej sekwencji przycisków, gdy choć raz omsknie się nam palec potrafi wkurzyć.
Walka i sterowanie przypomina nieco God of war 1-3, pamiętające jeszcze czasów PS2. Mamy atak słaby, mocny, blok i unik pod prawą gałką analogową. Do tego atak bronią palną oraz możliwość podnoszenia i rzucania przedmiotami znajdującymi się na planszy. Da się też użyć broni po pokonanych przeciwnikach, co warto robić. Są jeszcze granaty oraz tryb furii, który możemy odpalić gdy zbierzemy kilka liści na lico. Znajdzie się też miejsce na efektowne wykończenia wrogów gdy ich pasek zdrowia zbliża się do końca. Podczas okładania przeciwników radośnie odpadają części ich zbroi i ekwipunku. Jakby tego było mało, możemy za zbieranie monety udoskonalać bohatera wykupując mu dłuższe bądź mocniejsze kombinacje ciosów albo powiększyć tym sposobem pasek zdrowia.
Całkiem sporo jak na taki niepozorny tytuł. Twórcy dwoją się i troją by urozmaicić rozgrywkę i idzie im to całkiem nieźle. Choć też nie zawsze. Na przykład sekwencja abordażu za drugim razem była już mocno frustrująca. Do tego mamy elementy otoczenia, których możemy użyć, jak działa na statku podczas bitwy morskiej, czy taran do burzenia bram fortu. Samych przeciwników, choć różnią się wyglądem, jest raptem 4-5 typów. Mimo to walka bywa przyjemna. Do tego mamy bossów. Ci to typowe gąbki na „pociski”. Walkom z nimi jednak brakuje trochę finezji. Ot skrobiemy im pasek zdrowa aż nie padną od czasu do czasu unikając ataków wroga.
Wszystko to daje całkiem satysfakcjonującą, choć momentami monotonną walkę. Czasem też frustrują sytuacje gdy wpakujemy się w większą grupę przeciwników. Ci nie czekają na swoją kolej tylko atakują naraz. I bywa, że powoduje to, że nie możemy zrobić nic bo główny bohater wpada w pętlę animacji wstawania i upadania od kolejnych ciosów. Niektóre walki z większymi przeciwnikami potrafią zalewać nas falami wrogów tylko po to by tanio wydłużyć rozgrywkę. Zdecydowanie bardziej opłaca się wyciągać po jednym-dwóch opryszków choć nie zawsze jest to możliwe.

Lekarstwo na nostalgię
Doświadczymy tu też liniowych, korytarzowych poziomów, w których od czasu do czasu trafimy na odnogi czy ukryte przejścia skrywające skrzynię ze skarbem. Warto je zbierać dla kasy, którą wydamy na ulepszenie. Od czasu do czasu przyprószone szczyptą backtrackingu.
Grafika jest komiksowa, przypominająca jedne z lepiej wykonanych pozycji siódmej generacji konsol. Postacie są dość karykaturalne. Oprawa budziła we mnie mocne skojarzenia z takim Fable 3. Captain Blood jest dowodem na to, że dobrze pomyślana oprawa pod kątem artystycznym będzie się bronić. Pomimo uproszczeń bądź zacofania technologicznego. Bo choć z każdej strony zalewają nas kolejne tytuły na unreal engine, to Captain Blood choć dużo prostszy graficznie, jest całkiem estetyczną grą. Do tego dochodzą animacje, czasem dość drętwe aczkolwiek potrafią się podobać. Wspomnę jeszcze, że tytuł działa na Team Decku bez problemów.
Równie czerstwe co niektóre animacje są także dialogi. Fabuła zaś jest przewidywalna i sztampowa. Aczkolwiek na uwagę zasługuje świetny klimat lekkiej pirackiej przygody, mocno czerpiący z Piratów z Karaibów. Zaś muzyka, która przygrywa dynamiczne kawałki, jakoś mocno się nie wyróżnia. Ot stanowi tło i nic więcej i nie przeszkadza.
Zdarzyły mi się także sporadycznie drobne błędy z kolizjami otoczenia. Jednak nie jest to nic co mogłoby popsuć zabawę. Przeszkadzały także czasem zbyt rzadko rozmieszczone checkpointy. Ot urok tamtych lat. I chyba dowód na to, że niektóre wspomnienia lepiej jeśli zostaną właśnie wspomnieniami.

Podsumowanie
Captain Blood to przyjemna, nieco odmóżdżająca sieczka w stylu pierwszych części God of War. Jednak zmierzenie się z nią udowadnia, że postęp w grach dokonał się większy niż wskazywałyby na to ciepłe wspomnienia tamtych lat. I bynajmniej nie mówię o grafice. Miejscami frustruje walką i rzadko rozmieszczonymi checkpointami. Nie bawiłem się źle, ale po zagraniu w Captain Blood wyleczyłem się z nostalgii do tamtych czasów. Gra ciekawostka, choć nie bawiłem się przy niej źle.
Plusy
- Urocza grafika
- Piracki klimat
- Walka potrafi dawać przyjemność
Minusy
- I frustrować zarazem
- Rzadko rozsiane checkpointy
- Drętwe dialogi i fabuła
Za kod recenzencki dziękujemy agencji bettergaming.pro
