Nasze imię Legion, nasze imię Bob – Dennis E. Taylor

Poznajcie Boba

Świeżo upieczonego milionera. Pełen pasji były już właściciel firmy informatycznej jest fanem science-fiction oraz teorii podróży międzygwiezdnych. Zaczął spełniać właśnie swoje marzenia, takie jak konwent fantastyki naukowej w Los Angeles, na którym rozprawia się o szeroko rozumianej eksploracji kosmosu. Ten sam Bob chwilę przed wyruszeniem na ową imprezę wykupił pakiet w firmie kriogenicznej, który w razie śmierci gwarantuje mu zahibernowanie i wybudzenie w chwili kiedy nauka będzie już na tyle rozwinięta, że będzie mogła przywrócić go do żywych.
Szczęście w nieszczęściu, bądź dokładnie na odwrót Bob ginie w wypadku samochodowym niedługo po “zakupach”, pomiędzy jednym a drugim seminarium w ramach konwentu…

Ciemność widzę! Ciemność!

Gdy budzi się sto lat później, z przerażeniem odkrywa, że świat w jakim żył zmienił się nie do poznania. Krajem rządzi religijny fanatyk, zahibernowane ciała jako nieżywe nie zawierają już duszy, więc świadomości odmrożeńców nie są uznawane za ludzi. Co za tym idzie takie świadomości nie mają żadnych praw i należą do rządu. Traktuje się je jako nieco bardziej zaawansowane sztuczne inteligencje. SI takie mogą być oprogramowaniem sterującym na przykład śmieciarką, ekspresem do kawy bądź… autonomiczną sondą kosmiczną.

Nie taka sztuczna inteligencja

Bob będąc za życia inteligentnym inżynierem zostaje predysponowany do stania się właśnie takim “urządzeniem”. Zanim to nastąpi musi przejść szereg testów i zostać poddany ocenom czy się do tego nadaje czy jednak dane mu będzie zostać wspomnianą śmieciarką. Oczywiście kandydatów jest więcej, a ponadto frakcja, która wybudziła Boba nie jest jedyną, która bierze udział w tym kosmicznym wyścigu. Suma Summarum bohater staje się stacją kosmiczną, mającą za zadanie odkrywanie nowych światów do zamieszkania przez ludzkość. Dodajmy sondą zdolną do replikacji, więc w miarę podróży tworzy swoje klony, które wydawałoby się powinny być identyczne mentalnie, ale widocznie żadna jaźń jednak nie potrafi być idealną kopią swojego stwórcy…

Na imię nam

Nasze imię Legion, nasze imię Bob jest pierwszym tomem kosmicznej opery. Choć historia zaczyna się na Ziemi bardzo szybko wylatuje poza granice Układu Słonecznego. Bob skazany na samotność w przestrzeni kosmicznej bardzo szybko stara się poukładać własne oprogramowanie, żeby nie zwariować w kosmicznej pustce. W trakcie czytania poznajemy jego osobowość, lęki i nadzieje. Jesteśmy świadkami wewnętrznych retrospekcji, aż finalnie mniej lub bardziej naukowych oraz filozoficznych rozpraw między swoimi “braćmi”. Nie brakuje elementów akcji jak i spokojnych egzystencjonalnych przemyśleń. Ciekawym jest też poznawanie osobowości bohatera, który nie jest już stricte człowiekiem, ale chcącym zachować utracone człowieczeństwo.

Science Fiction z lekką nutką filozofii

Powieść Dennisa E. Taylora czyta się bardzo szybko i chłonie kolejne rozdziały. Nie brakuje tu humoru, za to nie ma wiele pompatyczności typowej dla space oper, opowiadających o eksploracji odległych galaktyk. Nasze imię Legion, nasze imię Bob jest lekkie w odbiorze, pomimo, że początkowo bohater jest postacią tragiczną, wykorzystywaną do realizowania celów rządów kraju, który go wybudził z hibernacji i umieścił w kawałku krzemu.
Co jest zdecydowanie niewyważone to tempo akcji, pierwsze rozdziały toczą się szybko, są pełne wydarzeń. Późniejsze, mimo kilku zwrotów akcji, raczej są rozwleczone. Ale to możemy zrzucić na karb poznawania nowego “życia” chwilę po wybudzeniu w dynamicznie zmieniających się wydarzeniach na Ziemi, i samotnej podróży w gwiazdach.

Live long and prosper

Nasze imię Legion, nasze imię Bob to kilkaset stron, bardzo dobrze napisanej historii. Niedługo po zakończeniu sięgnąłem po kolejne tomy powieści Taylora.
Jeśli lubicie science fiction, ze szczególnym ukłonem w stronę Star Treka, oraz lekkostrawny humor i jesteście ciekawi jak mogłaby się zachowywać świadoma SI to ta książka zdecydowanie jest dla Was!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.