Matrix Zmartwychwstania – recenzja filmu

Wake up, Neo…

Matrix: obraz kultowy i jeden z najważniejszych filmów przełomu mileniów.
Opowieść o genialnym hakerze, który odkrywa, że żyje w wirtualnej rzeczywistości wykreowanej przez maszyny zniewalające ludzkość. Opowieść o cyfrowym Mesjaszu, wyzwalającym lud spod cyfrowego jarzma. Dwie kolejne części nieco zagmatwały ten czarno – biały scenariusz, dodając ludzkości i maszynom odcieni szarości. Koniec końców Neo umiera za pokój między ludźmi i maszynami. Amen…

Wszechświat (również ten cyfrowy) nie znosi jednak pustki. Lana Wachowski od jakiegoś czasu zapowiadała powstanie czwartej części Matrixa. I oto on! Cały na zielono wszedł do kin. Czy warto się wybrać na seans czy to tylko żerowanie na nostalgii?

You feel like Alice, tumbling down the rabbit hole?

Keanu Reeves ponownie wciela się w postać Thomasa Andersona, choć tym razem nie jest już genialnym hakerem, a “tylko” uznanym programistą, nie stroniącym od wizyt u psychoanalityka. W roli Trinity znów zobaczymy Carrie-Anne Moss, i podobnie jak w oryginalnej trylogii fabuła będzie kręcić się wokół ich burzliwego związku. Więcej o fabule absolutnie nie mogę napisać, by uniknąć spoilerów, o które zdecydowanie nietrudno przy opisywaniu takich przedsięwzięć jak Matrix Zmartwychwstania.

What is „real”? How do you define „real”?

Film oczywiście bazuje na nostalgii za poprzednimi częściami, jednak robi to dobrze. Co chwila puszcza oko do fanów oryginalnej trylogii, burzy czwartą ścianę i śmieje się sam z siebie. Owszem Matrix Zmartwychwstania jest filmem akcji i nie braknie tu efektownych pościgów i strzelanin. Wciąż jest to również filozoficzna przypowieść o ludzkich uczuciach, relacjach. Co jesteśmy w stanie poświęcić dla dobra innych?
Próbuje znaleźć odpowiedzi na pytania czy maszyny to wciąż tylko zbiór cyfrowych algorytmów? Czy wyewoluowały w swoich procesorach abstrakcyjne myślenie? A może wręcz nauczyły się uczuć? 

There’s a difference between knowing the path and walking the path.

Gra aktorska to rollercoaster, braku kilku postaci nawet by się nie zauważyło. Choć raczej przeważają dobre momenty. Genialnie w swojej roli wypadł Neil Patrick Harris, Yahya Abdul-Mateen II bardzo starał się być jak Laurence Fishburne, ale jego Morfeusz nie podołał oryginałowi. Bardzo fajnie w rolę Bugs- dziewczyny zapatrzonej w legendę Neo- wcieliła się Jessica Henwick. Poniżej pewnego poziomu nie schodzą główni bohaterowie, choć cieszę się, że nie oglądałem żadnej części Johna Wicka, bo oglądając Matrixa nie widziałem jego postaci z innym imieniem.

Niebieska? Czy czerwona?

Czwarta część Matrixa oczywiście powiela stare klisze, niektóre watki wywołują lekki uśmiech zażenowania. Inne są totalnie niepotrzebne i sztuczne. Choć dla mnie osobiście Matrix Zmartwychwstania ma więcej plusów niż wad. Choć “jedynkę” widziałem wielokrotnie i zawsze się przy niej dobrze bawię, nie jestem wielki fanem dwóch kolejnych części.
Na “czwórkę” szedłem bez żadnego konkretnego nastawienia i bawiłem się bardzo dobrze. Absolutnie nie żałuję pieniędzy wydanych na bilet. Nie jest to w żadnym wypadku arcydzieło, ale solidna dawka akcji i filozofii podanej w dobrze znanym sosie. Nieco odgrzewany kotlet, ale całkiem smaczny i nie doprowadził do niestrawności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.