Hakerzy 1995

Hakerzy – filmowe retrowspominki

To były szalone lata dziewięćdziesiąte. Wszyscy jarali się komputerami, grali na komputerach, żyli nimi, myśleli o nich i chłonęli wszystko co się dało. Wszyscy słyszeli o jakichś mitycznych wirusach komputerowych oraz hakerach, kowbojach klawiatury, którzy penetrowali zabezpieczenia, łamali programy i żyli na krawędzi cyfrowego świata. Osobiście, będąc wtedy posiadaczem Amigi 600 raczej z żadnym wirusem ani hakerem do czynienia mieć za specjalnie nie mogłem, ale od czego jest kino i cała jego magia? „Hakerzy” w reżyserii Iaina Softleya uderzyli na ekrany w 1995 roku i okazali się być całkiem niezłym kawałkiem kina przygodowego.

Fabuła była dość intrygująca. Otóż uzdolniony w sprawach komputerowych dzieciak kryjący się pod pseudonimem Zero Cool zawiesza 1507 systemów w jeden dzień, wprowadza chaos na giełdę i popłoch wśród banków, jednocześnie przechodząc do legendy komputerowego półświatka.

Po natychmiastowym aresztowaniu nasz główny bohater dostaje wyrok gorszy niż więzienie. Ma zakaz zbliżania się do komputerów do czasu skończenia 18 lat. Gdy osiąga już swój słuszny wiek oczywiście zasiada do komputera i wplątuje się w kolejną kabałę. Zaprzyjaźnia się z grupą hakerów poznanych w szkole i szybko okazuje się, że jeden z nich aby zaimponować kolegom włamuje się do komputera zarządzającego flotą statków transportujących ropę i znajduje tam dowody na działalność innego hakera, podkradającego pieniądze z własnej firmy. Film opowiada o wyciąganiu kolegi z kłopotów i próbie powstrzymania złodzieja, który próbuje zwalić winę za swoje draństwa na tytułowych hakerów. Zadanie wcale nie będzie proste, bo drań pracuje dla potężnej firmy, co skwapliwie wykorzystuje, jak również kryminalną przeszłość naszego bohatera.

Kto to Ci Hakerzy

Aktorzy, którzy nie poza kilkoma wyjątkami nie zrobili wielkiej kariery, a szkoda. Trochę lepiej wiodło się właścicielom nazwisk nie występujących na ekranie – reżyser zrobił później genialnego „K-PAX„, a operatora, Wrocławianina, Andrzeja Sekuły, który współpracował z Tarantino przedstawiać nie trzeba. Na ekranie pojawili się Angelina Jolie (zjawiskowa w krótkich włosach oraz w jednej scenie spełniająca niejeden mokry sen dorastających chłopców), Jonny Lee Miller, którego można było zobaczyć choćby w „Trainspotting” czy serialu „Dexter„. Z ciekawszych nazwisk warto wymienić Matthew Lilarda („Krzyk”, „Scooby Doo„), Fishera Stevensa (laureat Oscara za dokument „Zatoka Delfinów„, ale występował choćby w „Osieroconym Brooklynie” czy „Eksperymencie„) oraz Wendella Pierce („The Wire„).

Aktorzy stworzyli świetne charakterystyczne postaci, do tej pory ich bohaterowie stają mi przed oczami. Choć to zwykłe kino przygodowe, to nie można mieć zastrzeżeń, szczególnie, że „Hakerzy” byli pełni smaczków (pal sześć, że często naciąganych). Dzięki takim elementom jak animowane przedstawienia wirusów, możliwość obejrzenia na wczesny build, który później przeobraził się w doskonałe wyścigi Wipeout, film zapada w pamięć. Dodatkowo twórcy fajnie przedstawili samo środowisko hakerów – odstających od społeczeństwa geniuszy komputerowych, którzy za wszelką cenę chcą poza nim pozostać. Duch powieści Williama Gibsona był wszechobecny.

Hakerzy to również genialna ścieżka dźwiękowa, która niemal dorównuje w swoim geniuszu soundtrackowi do innego hitu z 1995, Mortal Kombat. Wybuchowa mieszanka techno i rocka, choć z przewagą tego pierwszego dała piorunujący efekt. Znajdziemy tutaj zarówno utwory napisane przez Prodigy i Orbital, po Underworld i Leftfield. Te dźwięki są nadal warte posłuchania.

Hack the planet!

Pomimo zabawnych wstawek film był nawet jakoś osadzony w rzeczywistości. Pomimo tego, że ciężko było uwierzyć we wszystko, co widać było na ekranie, to zasady działania koni trojańskich, zasad wykradania haseł i danych bez programowania, a za pomocą socjotechnik (Kevin Mitnick się kłania), a nawet kradzieży pieniędzy z kont ( podkradanie drobne sum z wielu operacji bankowych, zamiast jednej wielkiej kradzieży) były dobrze zobrazowane i łączyły się w logiczną całość. To oczywiście rozbudzało to wyobraźnię młodego widza, a film dość słusznie uzyskał miano kultowego. Jakby nie patrzeć, historia jest przeprowadzona sprawnie, bohaterowie są wystarczająco inni, a jednak swojscy. Opowiadana historia buduje napięcie idealnie, a dialogi potrafią dostarczyć wciąż kultowych haseł. Tęsknie za czasami, gdy nie trzeba było miliardowych budżetów na marketing, nazwiska i efekty specjalne. Wystarczył dobry pomysł i realizacja by osiągnąć naprawdę rewelacyjne rezultaty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.