Ganja Farmer

Ganja Farmer – retro wspominki

W czasach, gdy pojęcie “Indie” dopiero się rodziło bądź było znane tylko grupkom zapaleńców na moim komputerze lądowała całkiem spora liczba tytułów, które spełniałyby współczesne kryteria gier niezależnych. Jednym z nich był Ganja Farmer.

Gdyby jednak odwrócić nieco sytuację i spróbować współczesne indyki wepchnąć w ramy tego, co uznawano za grę niezależną dwadzieścia lat temu, to tu nie byłoby tak prosto i klarownie. Teraz gra z półki oznaczonej jako “independent” posiada budżety, wydawców, kampanie marketingowe. Wtedy te produkcje powstawały w zaciszu akademików, klas i były tworzone z innych pobudek. Dla zgrywu, dla jaj, dla przyjemności, dla sprawdzenia swoich umiejętności, a nawet jeśli było inaczej, to graliśmy w te gry z wymienionych wcześniej powodów.

W akademiku, który radośnie zamieszkiwałem niemal każdy posiadacz komputera miał stworzony katalog “Gierki”, w którym można było znaleźć niesamowite tytuły z tzw. “drobnicy”. Hobosoccer, Blobby Volleyball, wczesne wersja Crimsonland czy właśnie wspomniany Ganja Farmer.

Ganja Farmer to shooterek mocno osadzony w tradycyjnych produkcjach pokroju Space Invaders. W grze wcielasz się w rolę uprawiającego swój zagon konopii rastafarianina, któremu władze próbują zniszczyć uprawy. Nawet najbardziej wyluzowany człowiek na świecie nie może zgodzić się na takie zło, zatem masz zuch montuje na dachu swojego niezawodnie pomalowanego w kolory rasta volkswagena transportera karabin maszynowy i wali do wszystkiego z piromańskimi skłonnościami, co spada z nieba. Desantujący z helikopterów żołnierze, bombardujące samoloty czy zrzucające zabójcze opryski kukuruźniki- wszystko sprzysięgło się przeciw uczciwie hodującemu maryśkę rastafarianinowi. W sukurs na szczęście przychodzi mu Jah, który odnawia część spalonych roślin po każdym zakończonym etapie. Zatem usadowiony centralnie u dołu ekranu rolnik ostrzeliwuje nadciągające z powietrza zagrożenie dla jego zbiorów, a gracz steruje kierunkiem ostrzału za pomocą myszy. Proste?

Prostota to drugie imię Ganja Farmera. Wykonanie graficzne zapewne nadal potrafiłoby ucieszyć maniaków pixelartu, ale chałupniczość jest widoczna, co zresztą absolutnie nie jest mankamentem. Fakt, że postaci przypominają co gorsze wykonania gier z Amigi jedynie dodaje klimatu i powoduje uśmiech na twarzy. Gra jest jajcarska w każdym możliwym detalu. Nawet nagrania tekstów, które od czasu do czasu rzuca nasz rolnik nie są najwyższej jakości, niektóre z nich nawet ciężko zrozumieć, ale nic to. Jedno było pewne – osoby tworzące grę bawiły się pewnie tak samo dobrze, jak gracze.

ganja farmer

Ganja Farmer pokazywał, że w prostocie leży niesamowita moc. Nie było tutaj silenia się na jakieś specjalne urozmaicenia. Nie znajdziemy tu żadnych specjali, powerupów, drzewek rozwoju, pierdyliarda pukawek. Nie przeszkadzały bugi i niedoróbki (czasami Jah nie przywracał nam ostatniej roślinki). Jesteśmy tylko my, nasz karabin, wrogowie i tablica wyników, którą porównywało się z kumplami.

Wystarczyło? Zadziwiające, ale jak najbardziej tak. Ganja Farmer był idealną produkcją na krótkie sesje – odpalić, postrzelać i lecieć dalej. Wszystko, czego zapracowany student mógł sobie wymarzyć w jednym miejscu. Dodatkowo, to były już czasy, gdy ilość płyt CD, na których znajdowały się nowe produkcje, wciąż rosła, a Ganja Farmer zajmował na dysku około jednego megabajta. Niesamowite, ile radości udało się zamknąć w tej jednej małej produkcji. Gra jest wciąż dostępna za darmo i można ją pobrać tutaj. Może jakaś nostalgiczna partyjka?

ganja farmer

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *