Mirror’s Edge – wspominki Xbox 360

W kultowym już filmie “Forrest Gump” możemy usłyszeć równie kultowe słowa “Run Forrest, run!” – a główny bohater biegnie…
W produkcji DICE, którą dziś biorę na warsztat słowa te słyszymy w zasadzie przez całą rozgrywkę, i najlepiej gdybyśmy w ogóle się nie zatrzymywali.

W “Mirror’s Edge” wcielamy się w runnera, kuriera działającego poza prawem, gdyż w imię pokoju, w świecie gry zapanował totalitarny reżim kontrolujący całe społeczeństwo. Z jednej strony niemal zniknęła przestępczość, z drugiej strony wolność jest tylko pozorem, więc w łaski wrócił drugi obieg. Jako, że ulice są pod ścisłym nadzorem, listonosze przenieśli
się ku niebu, kto chce być dobrym kurierem, musi być bezbłędnym parkourowcem, gdyż przesyłki dostarcza się przemierzając dachy drapaczy chmur.

W produkcji patrzymy na świat oczami Faith, jednej z najlepszych kurierów, zatrudnionych przez Mercurego, który trudni się treningiem, zatrudnieniem i zapewniającego pracę runnerom. W czasie rutynowej misji dowiadujemy się, że nasza siostra Kate zostaje wrobiona w morderstwo Roberta Pope’a, kandydata na burmistrza miasta, który sprzyjał rozluźnieniu panujących restrykcji. Zaczyna się walka o ujawnienie prawdy i wyciągnięcie siostry z więzienia.

Miasto, które przyjdzie nam przemierzać, jest niesamowicie sterylne i ubogie w barwy, panuje tu wszechogarniająca chirurgiczna biel, acz przełamywana ostrymi, kontrastującymi z nią pastelowymi, ostrymi kolorami. Przed nami dziewięć rozdziałów, które nie są bardzo długie, za to bardzo wymagające. Cel jest prosty – dostać się z punktu A do punktu B, wykonanie tego zadania już nie jest tak proste. Do celu zazwyczaj biegnie jedna droga, ale opcji jej przejścia może być kilka. Wszystko zależy od inwencji
i sprawności naszych palców na gamepadzie. Do punktu końcowego prowadzi multum platform, ramp, rur kanalizacji czy wystających wentylatorów od klimatyzacji, między którymi musimy śmigać niczym Mario. Jak wspomniałem na początku, najlepiej gdybyśmy się wcale nie zatrzymywali w biegu, gdy już złapiemy odpowiednie “flow” Faith przyspiesza, a obraz dookoła zaczyna się rozmywać, ostrość łapiemy tylko przed oczyma, a optymalną ścieżkę podpowiada runner vision, który podświetla na czerwono elementy, które powinniśmy obrać za punkt, ku któremu się kierować by kontynuować podróż do finału.

W grze pojawiają się również uzbrojeni przeciwnicy, choć “Mirror’s Edge”, jest grą FPP, bynajmniej strzelanką nie jest, takich osobników najlepiej omijać, choć można ich również obezwładnić, a nawet użyć ich broni przeciwko kolejnym wrogom, jednakże jest to zwykle kilka naboi na krzyż, po czym broń staje się bezużyteczna. W grze spotkamy również kilku bossów, których należy pokonać w walce wręcz, jednak najtrudniejsze momenty to te, gdzie musimy precyzyjnie trafić w odpowiednią rampę, bądź chwycić rurę by się po niej wspiąć – choć brzmi to trywialnie to w wykonaniu już może być frustrujące, zwłaszcza, że gra posiada jedynie system autosave,  i sama ustala, w którym momencie możemy zacząć powtarzać etap. Co prawda nie ma limitu żyć, ale powtarzanie jednego etapu mapy przez *dziesiąt prób może doprowadzić do białej gorączki.

A jeśli po zakończeniu głównej fabuły będzie mało – “Mirror’s Edge” oferuje szereg zadań tylko dla orłów, czyli speedrun każdego z etapów, oraz nie powiązanych z głównym wątkiem speedrunów, między checkpointami usianymi na mapach. Osobiście zdobyłem kilka gwiazdek w pierwszych levelach, ale to co się dzieje jeszcze przed połową dostępnych wyzwań to już jest kosmos, wymagający naprawdę szybkich palców.

Nie mam co ukrywać, “Mirror’s Edge” mnie urzekło od pierwszego wejrzenia, jest to, obok “Deus Ex: Human Revolution”, gra, którą skończyłem przynajmniej trzy razy. Grafika, choć sterylna jest perfekcyjnie dopracowana, fabuła choć nie jest rewelacyjna, pcha do przodu. Wspomnę, że historię napisała Rhianna Pratchett, córka legendarnego Terry’ego. A loadingi po upadku z dachu wieżowca, choć frustrujące nie każą rzucać padem w telewizor, tylko skończyć TEN odcinek i przejść do kolejnego wyzwania.

Dźwięki nie wybijają się ponad przeciętność, ale ścieżka dźwiękowa jest genialna – utwór “Still Alive” śpiewany przez Lisę Miskowsky do dziś brzmi mi w głośnikach, i dla mnie osobiście to ścisła czołówka soundtracków do gier video.

Bardzo długo i niecierpliwie czekałem na sequel, ten gdy się w końcu pojawił, był pierwszą grą, jaką wyniosłem
ze sklepu z pudełkiem z Xbox One, bardzo żałuję, że DICE nie robi nic w kierunku kolejnej kontynuacji.
“Mirror’s Edge” zdecydowanie mogę polecić i dziś, gdyż gra nie zestarzała się absolutnie i nadal stanowi ogromne wyzwanie i daje masę frajdy z jej poznawania i calakowania!

na krawędzi lustra


1 thought on “Mirror’s Edge – wspominki Xbox 360”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *